środa, 1 czerwca 2016

Wcierki - podsumowanie

Hej! Blog leżał odłogiem przez naprawdę długi czas, ale są nadzieje na reanimację, jako że ubierało się trochę kwestii wartych omówienia. Jedną z nich poruszę od razu, jako że jestem na "rozstajach" jeśli chodzi o pielęgnację włosów i muszę podjąć wreszcie jakieś decyzje, żeby stan buszu na głowie, z obecnego zaniedbania, zaczął się poprawiać. Ponieważ przez długi czas (niemal dwa lata, a może nawet więcej) eksperymentowałam z jedną z najbardziej intrygujących metod włosomaniactwa - wcierkami - postanowiłam zrobić zestawienie efektów, jakie przyniosła każda z nich z podsumowaniem warto/nie warto.

Dlaczego tak? Ponieważ znaczna większość informacji dostępna w blogosferze obecnie to zachwyty nad każdą kolejną wcierką ze stwierdzeniem, że wow! ale działa! - gdy tymczasem nie zawsze jest to prawda. Szczytem bezczelności sa natomiast dziewczyny, piszące o cudownym działaniu - 10 cm w miesiąc! Serio? Tylko że to fizycznie niemożliwe! Niektóre pokazują nawet zdjęcia, pół biedy jeśli nie zerżnięte z internetu. Dlaczego takie zdjęcia to żaden dowód, tłumaczyć chyba nie muszę. Nie dajmy sobie wmówić, że każdy nowy pomysł jest tym cudownym i łamiącym prawa biologii i fizyki. Mówię więc - sprawdziłam i zapraszam na podsumowanie, w którym zachwytów raczej nie będzie.


e-stylist.pl
1. Jantar, Farmona
To chyba najpopularniejsza wcierka w internetach. Działa na wszystkich, pięknie pachnie, jest w ogóle super och ach. Jak było u mnie?
Wrażenia z produktu: zapach raczej dziwny, przypominający męskie perfumy. Ja nie przepadam za czymś takim, ale postanowiłam przeboleć, skoro ma cuda sprawić. Konsystencja niepokojąco gęsta, brak aplikatora w buteleczce, więc będzie niewygodnie, ale spoko, damy radę.
Czas stosowania: dwa miesiące, z przepisową tygodniową przerwą w trakcie.
Efekt: brak. Włosy obciążone, przetłuszczające się chyba na samą myśl o jantarze. Brak wpływu na wypadanie. Zapach nieznośny po kilku dniach.