sobota, 4 października 2014

Z koszyka Czarownicy: henna. Przemyślenia po 7 miesiącach stosowania i recenzja henny BAQ od Pola Henny

Post hennowy powinnam napisać już dawno temu... 
Różne czynniki w tym przeszkadzały, od braku henny, zdjęć, weny, aż do bardziej skomplikowanych. Ale w końcu udało mi się wziąć do rzeczy, a motywacją była świeża dostawa ziółek, i czysta przyjemność wypróbowania ich po dłuższej przerwie.
W tym poście przede wszystkim chciałabym zawrzeć wszystkie informacje, jakie posiadam na temat farbowania włosów henną. Wiem, że sporo osób się tym interesuje, część ma wątpliwości, część się boi, przez parę niekorzystnych opinii, wreszcie jest te parę osób, które się zniechęciły z powodu niemiłych doświadczeń... z różnych przyczyn. Wyjaśnię więc też, dlaczego może "nie wyjść" i jak się przed tym ustrzec.

Co to jest henna?

Henna, w znaczeniu jakie znamy, to po prostu proszek, który rozrabia się w celu uzyskania barwiącej mazi.  Najpowszechniej określa się tym wiele różnych produktów, które czasem nic wspólnego z henną nie mają, a przejęły tę nazwę niejako zwyczajowo - po pierwszym na przykład środku do farbowania brwi. A więc nazwę "henna" możemy spotkać na czysto chemicznych mieszankach koloryzujących brwi i rzęsy, jest to nazwa myląca, powszechna. Tymczasem, jest to jeden z najstarszych znanych barwników do ciała i włosów (a także tkanin) na świecie, używany w Indiach czy Egipcie.
Właściwa henna to sproszkowane i zmielone liście drzewa Lawsonia bezbronna (Lawsonia inermis). Samo drzewko wygląda tak: 

Zdj. Botanic Guru

No, raczej byłby to krzew, pan Guru nie krzyczy.

Rośnie toto prawie wyłącznie w klimacie równikowym, a na pewno sporo cieplejszym i wilgotniejszym niż nasz, od Indii po Afrykę. Chociaż ostatnimi czasy znalazłam nasiona Lawsonii na allegro, i prowadzę bój z samą sobą, czy by jej nie spróbować do doniczki... Niestety mam już złe doświadczenia z nasionami kupowanymi na allegro. 


Zdj. Wikipedia

Do produkcji interesującego nas proszku wykorzystuje się liście. Zawarty w nich barwnik - lawson, alias 2-hydroksy-1,4-naftochinon - ma naturalnie rudobrązowy kolor, którego natężenie - i trwałość - zależy od stężenia w substancji. 

Lawson. Zdj. chemyq.com

Hennę zbiera się w dwóch porach - letniej i monsunowej, czyli zimowej. Najlepiej robić to, gdy jest ciepło i sucho, wtedy stężenie lawsonu w liściach jest największe. Ta zawartość nie jest stała, zmienia się z roku na rok i z pory na porę, choć nie ma reguły, czy lepszy pod tym względem jest zbiór monsunowy czy letni. Procentowo, zawartość barwnika powinna wynosić powyżej 1,5%, jeśli jest go więcej niż 2, to jest to już bardzo dobry wynik, choć zdarzają się wyższe.

Inne kolory - ciemne brązy, czarny - uzyskuje się mieszając hennę z innymi barwnikami, i pół biedy, jeśli są naturalnego pochodzenia lub czyste i przebadane. 

Z naturalnych najczęściej stosowane do zmiany tonu henny jest indygo, samo w sobie mające kolor czarny z granatowym odcieniem. W rożnych proporcjach uzyskuje się z tej mieszanki brązy aż do czerni. Sztuczne dodatki są różne, lepsze i gorsze, ale należy zaznaczyć, że zazwyczaj są bardzo nietrwałe - dodawane do drogeryjnych mieszanek na przykład, wypłukują się z włosów po paru dniach, zostawiając je rude jak wiewiórka. Tyle wynika z mojego doświadczenia z tego typu czerwieniami rubinu i ciemnymi brązami, które miały być naturalne i trwałe.

Absolutnie należy unikać w czerniach i ciemnych brązach dodatku parafenylodiaminy - wywołuje paskudne uczulenia, zostawiające na skórze blizny, powodujące uszkodzenie rogówki i stwarzające ryzyko utraty wzroku, a że stosowana jest też do barwienia tekstyliów, to jak kogoś raz uczuli, tak można potem nagle dostać jakiegoś paskudztwa po ubraniu czarnego sweterka....  Notka z kilkoma zdjęciami dla ludzi o mocnych nerwach.
Kiedyś takie sytuacje zdarzały się częściej, teraz w drogeryjnych farbach się jej nie znajdzie, za to można w przypadku bazarkowych "tatuatorów" i sprzedawców ziółek - więc uważajmy, co kupujemy i skąd. Tylko sprawdzone źródła.

Henna jest też lekiem. Ma właściwości bakteriobójcze, przeciwgrzybicze, a nawet i przeciwwirusowe - odpowiada za to zawarty w liściach kompleks związków: pochodne naftochinonu, triterpeny, sterole, kumaryny, ksantony, flawonoidy i garbniki. Poza tym, znajdzie się w niej wapń, magnez, potas, żelazo, miedź, cynk i inne składniki mineralne. Przede wszystkim działa ochronnie na wątrobę oraz drogi oddechowe. Na skórę działa ściągająco, przeciwzapalnie, łagodzi oparzenia, pomaga w walce z trądzikiem... przypuszcza się, że może działać hamująco na rozwój nowotworów skóry. A jeszcze, ciii... w mieszankach z indygo stanowiła środek poronny. Niezbyt bezpieczny, należałoby dodać.

Ale wróćmy do rudości, bo w końcu to ona nas interesuje najbardziej.
Istnieją mity, że henna oblepia włosy, zamiast do nich wnikać - sama jeszcze jakiś czas temu kierowałam się właśnie takim myśleniem, w ten sposób tłumacząc sobie fakt, że moje włosy stały się grubsze. Nic bardziej mylnego - a znajdziecie jeszcze wiele osób, które tak będą twierdziły.

Przede wszystkim, lawson wykazuje naturalne powinowactwo do keratyny włosowej, i się z nią łączy, choć nietrwale, wypłukuje się stopniowo podczas mycia. Jest to jednak stanowczo wolniejszy proces niż w przypadku części farb chemicznych. Włosy stają się grubsze, co czuje się w dotyku, początkowo mogą wydawać się nieco sztywne. Regularne stosowanie bardzo pomaga w nadrobieniu strat wywołanych długim męczeniem włosów farbami, zwłaszcza z rozjaśniaczem, remineralizuje, wygładza, wzmacnia odporność na działanie promieni UV, i pomaga pozbyć się łupieżu. Dzięki zawartości magnezu poprawia wzrost włosów (niedobór powoduje osłabienie cebulek włosowych).

A teraz trochę mojej przygody...

Hennę kupuję już w tej chwili tylko w sklepiku Pole Henny na allegro. Unikam drogeryjnych suszów, ponieważ są sporo gorszej jakości, i zdarzały mi się w niej parę lat temu nawet kawałeczki liści... przygotowuje się ją też w zupełnie inny sposób, a efekty są całkowicie różne.
Henna od Pola Henny jest jakości BAQ, co oznacza, ze jest całkowicie czysta, przesiewana trzykrotnie w celu uzyskania najdrobniejszego proszku i może być bezpiecznie stosowana do barwienia skóry. Taka henna nie będzie zawierała domieszek, sztucznych czy naturalnych, nie wywoła podrażnień ani uczulenia. Jest też dokładnie, drobniutko zmielona. 

Przyszła do mnie w szczelnie zapakowanych foliowych torebkach...


W środku, zapakowane próżniowo w przezroczystą już folię, 100g proszku.


Jest ściśnięta tak, że aż twarda. Gdy przyszła w kopercie, zastanawiałam się, co to takiego, bo dawało się wyczuć jak kamień... Ale najlepsze w tych saszetkach jest to:


Ta przestrzeń między zgrzewem a zawartością. Dzięki temu paczuszkę da się otworzyć bez rozsypywania na boki i brudzenia, a proszek tak nie pyli. Bardzo mnie irytował brak czegoś takiego w poprzednich pakuneczkach, to po prostu brudzi i wymaga zbędnych kombinacji, a tu proszę - jakie proste i genialne rozwiązanie!

Henna, którą mam teraz, pochodzi ze zbioru monsunowego. Nie sprawdzałam, z którego pochodzi moja poprzednia henna, ale obie wyraźnie się różnią. Ta, którą mam teraz, ma zupełnie inny kolor - brązowo-pomarańczowy, nie zielony. Pachnie też odrobinę bardziej gorzko...choć nie jest to odpowiednie słowo. Nie ma tego charakterystycznego, "zielonego" zapachu. 

Jak przygotowuję hennę?

Przede wszystkim, na kilka godzin przed planowanym użyciem. Proszek rozrabiam z sokiem z cytryny i ciepłą wodą. Niektórzy podobno używają tylko cytrynę, ale ja nigdy nie trafiłam takiej ilości cytryn, żeby wystarczyło na całość... na pewno więcej niż dwie, albo ja za słabo cisnę.
Użyłam połowy opakowania, 50 g. Na moja długość włosów wystarcza to, z dodaniem maski i jeszcze paru innych składników - nie nakładam na włosy samej henny, bez żadnego konkretnego powodu, po prostu lubię coś do niej jeszcze domieszać. Normalnie na długie włosy może być potrzebna cała paczuszka.
Co więcej, tym razem pokusiłam się o mały eksperyment: zamiast wyciskać sok z cytryny, obrałam ją ze skórek i rozbity w moździeżu miąsz wmieszałam w hennę. Z ciekawości, czy zrobi to różnicę. 

A więc: henna, sok z cytryny, woda.

Całość należy wymieszać do konsystencji papki, weźmy pod uwagę to, jaką najwygodniej nakłada się nam na włosy: gęstszą czy trochę rzadszą. Mogą pojawić się grudki, nie należy się nimi przejmować, łatwo się je zniweluje w kolejnym etapie.

Naczynie z przygotowaną papką nakrywamy szczelnie... ja mam w tym celu zakręcany słoiczek po biedronkowej masce, nakrywam go dodatkowo jeszcze folią pod wieczko, żeby nie było dostępu powietrza. Niektórzy kładą na folię kawałek papierowej ściereczki, daje to wzgląd w proces, ponieważ uwolniony barwnik łatwo przenika przez folię, barwiąc chusteczkę. To taka mała hennowa magia (;

Całość odstawiamy na kilka godzin, najlepiej w ciepłe miejsce. Dobrze by było odstawić ją na całą noc, ja z powodu zapominalstwa przygotowałam mieszankę rano i zostawiłam, by czekała na mój powrót z pracy. Dało to ponad 8 godzin. 



Po tym czasie mamy już gotową paciaję, którą można zmieszać z dowolną odżywką lub maską. I zostaje już tylko nałożyć całość na włosy.



Sama nakładam na suche, gdyż wilgoć na włosach spowoduje, że całość zaczyna za chwilę ściekać...a to uczucie, którego nie znoszę. Nakładam metodą przedziałkową, o której już pisałam, na blogu Pole Henny można przeczytać o innej - supełkowej. Na wierzch czepek foliowy - bądź jednorazówka z marketu, jak ja używam - i zawija się całość ręcznikiem dla utrzymania ciepła.

Co jeszcze można dodać do henny?

  • dowolną maskę lub odżywkę do włosów;
  • olej - rycynowy, arganowy lub inny, ale z zachowaniem umiaru: nie więcej niż 2 łyżki stołowe;
  • śmietanę lub jogurt - ale w wersji kwaśnej;
  • czerwone wino - około pół małej lampki, nie więcej, by alkohol nie przesuszył włosów;
  • cynamon - tu też nie należy przedadzać, dwie łyżeczki to takie rozsądne maksimum. Cynamon da uczucie ciepła na skórze głowy, więc, jeśli się przesadzi, można się dorobić podrażnień;
  • inne zioła: neem, kasję, tego typu, susz skrzypu, pokrzywy... należy tylko zwrócić uwagę na to, czy tolerują kwaśne środowisko, w innym przypadku mogą nie zadziałać; o niektórych z tych ziółek powstaną osobne notki tutaj;
  • zamiast wody, można hennę rozprowadzić w mgiełce bądź wcierce do włosów - ale takiej, która nie zawiera alkoholu; można też w tym celu użyć wywaru z ziół;
  • szampon - około 1-2 łyżki stołowe. Ułatwi to zmywanie całości z włosów.
Te składniki można łączyć dowolnie, wedle własnego uznania, jedynym ograniczeniem jest własna wrażliwość i konsystencja mieszanki.


Czas działania to kilka godzin. Za minimum przyjęłam 3, ale tylko dlatego, że tyle zazwyczaj wytrzymuję. Za dobry czas uznaje się 6 godzin, ale ja uzyskuję świetny kolorek już po tych trzech. Ogółem im dłużej, tym intensywniejsza barwa włosów potem.

Zmywamy całość ciepłą wodą, ale, uwaga - nie myjemy szamponem. To płukanie musi być bardzo dokładne, aby nie pozostały żadne resztki papki na włosach czy skórze. Włosy po płukaniu będą nieco sztywne i mogą wydawać się lepkie, jeśli się niedokładnie zmyło, ale to poświęcenie ma jeden ważny cel. Otóż, szampon wypłucze lawson w powierzchni włosa. A ten, jeśli zostawić go na kolejne 12 godzin, i najlepiej wyjść w tym czasie na dwór, będzie się utleniał, co zwiększy natężenie i trwałość hennowej rudości. Efekt potrafi być bardzo widoczny - od brązowawej rudości po niemal marchew w te parę godzin. To trochę niewygody czasem, ale rezultat moim zdaniem jest tego wart.

Ile czasu musi minąć pomiędzy kolejnym farbowaniem henną?

Właściwie nie ma ograniczeń. Henna nie niszczy włosów, więc częstsze tylko im pomogą, a wszystko zależy od własnych preferencji i tempa wzrostu włosów. Ja robię to co miesiąc, a jeśli w tym czasie potrzebuję odświeżyć kolor, to po prostu mieszam kilka łyżek proszku hennowego z maską i tak nakładam na ok. pół godziny na włosy. Można, zamiast maski, użyć jogurtu lub śmietany.

A jeśli zrobiło się za dużo?...

Pastę hennową, już gotową, można zamrozić i tak przechowywać przez dłuższy czas - zmiany temperatury nie osłabiają barwnika.

Jakie mogą wystąpić problemy przy farbowaniu henną?

  • Ciężko się nakłada. - Dodać odżywkę/inne ułatwiacze. Jeśli to henna drogeryjna, to wada jakości - grubo zmielona, może się zbrylać i ogółem babrać. Należałoby zaopatrzyć się w lepszą hennę.
  • Spływa z włosów. - No cóż. Jeśli rozrabiana z wodą, to się może zdarzyć. Zabezpieczyć brzegi turbana na głowie chusteczkami i da się żyć.
  • Włosy są sztywne/suche! - Coś się nie spłukało... powtórzyć, dokładniej.
  • Nie chwycił kolor... - Za krótko, niewłaściwa procedura przygotowania?
  • Nie chwyta mi farba po tym! - Serio? Mi chwyciła. Z czego nie jestem dumna, bo to był głupi wybryk, wracać do chemii to hennie, od razu widać różnicę. Jeśli nie chwyta, odczekaj ze 2 tygonie od hennowania i wtedy sprawdź.
  • Ufarbowało skórę/dłonie. - Rękawiczki. A skórę zabezpieczyć, zresztą po drugim myciu powinno zniknąć. To w końcu barwnik.
  • A koleżanka mówiła, że potem jak się farbuje, to mogą zielone włosy wyjść... - Fajnie! A tak serio: to może się zdarzyć po indygo i nałożonym potem chemicznym rozjaśniaczu. Granat  indyga i żółte tony farb i włosów po środkach rozjaśniających mogą taki efekt dać, więc trzeba wszystko robić z głową - jeśli farbujesz się mieszankami z indygo, nie nakładaj rozjaśniacza, dopóki całkowicie nie wymyje się ono z włosów.
  • Oblepia włosy i od tego potem odżywki ani farby nie działają. - Nie oblepia, tylko łączy się z keratyną, i faktycznie zwiększa odporność włosa. Odżywki jak najbardziej działają, z farbami może być problem, jeśli włosy są "świeżo po", ale zachować pewien odstęp czasu i już nie powinno być problemu.
  • Po farbie chemicznej nie używa się henny! - Używa się, i to ze świetnym skutkiem. To często ratunek dla zniszczonych farbowaniem włosów, bez konieczności rezygnowania z koloru.
  • Nie podoba mi się. - No, na to już nic nie poradzę.
Oczywiście, są przypadki, w których henna nie poprawi kondycji włosów - tak samo jak z szamponami i odżywkami, to kwestia osobnicza, jaka będzie reakja. Jednak, moim zdaniem, warto spróbować. Polecę szczególnie do pierwszego w życiu farbowania włosów - takie są zwykle w świetnym stanie, i henna je tak zachowa. Druga rzecz, to włosy przesuszone, zniszczone i osłabione - tu pomoże wrócić do dobrego stanu. Ale najlepsze efekty przyniesie długotrwale stosowana.

***

Na potwierdzenie, trochę mojej historii:

Włosy farbuję od gimnazjum, a zaczełam, za namową mamy, od blond pasemek. Totalnie mi nie leżały. Naturalnie mam włosy w odcieniu rudawego, jasnego brązu, a byłam wtedy zauroczona postacią pewnej rudowłosej bohaterki serialu.... i strasznie chciałam być jak ona. A że funduszy brak, znalazłam w miejscowym sklepiku hennę, bodajże Venity, którą zaaplikowałam sobie sama na włosy. Tragedia, jak się zniechęciłam, trzeba to było kłaść na włosy gorące, a breja gęsta i z kawałeczkami gałązek - na szczęście od tego czasu Venitowe mieszanki mają już sporo lepszą jakość. Ale kolor uzyskałam piękny, choć nieco nierówny, bo upartej gimnazjalistce ciężko własną ręką równo hennę na łeb nałożyć. Ale, mimo tego, z usług fryzjera w zakresie farbowania skorzystałam przez całe swoje życie jedynie trzy razy.

Wracając... potem dostało mi się, bowiem moja mama, jak na złość, była wielbicielką blondów, a przeciwniczką rudości, i na nic były płacze i fochy. Z włosami poszalałam idąc do liceum, i od tego czasu, aż do października zeszłego roku, farbowałam je regularnie, co miesiąc, chemią - zmieniając kolor z rudego, przez czerwień i fiolet do czerni, i tak w kółko, rozjaśniając czasem z czarnego na rudy. Z jednym wyskokiem z stronę blondu - najgorsze pięć minut w moim życiu. Z różową cerą kompletnie się do tego nie nadaję.

Gdzieś tak z okolicach października zeszłego roku miałam dość. Moje włosy były rzadkie, kruche, z totalnie porozdwajanymi końcówkami, mimo regularnego cięcia. Były też sporo krótsze niż chciałam - przez zniszczenia nie dało się ich zapuścić. Wtedy też były w kolorze ciemnego brązu. Postanowiłam wrócić do rudości, i przejść całkowicie na hennę, zanim totalnie wyłysieję.

Ale ciemnego brązu trzeba się jakoś pozbyć, a kiedy ma się jasne odrosty, nie jest to fajne. Plan był taki: raz na dwa tygodnie kąpiel rozjaśniająca (o której można przeczytać w innym poście), po czym ostatnie farbowanie chemiczne, dla wyrównania koloru, farbą Płomienna Iskra od Joanny. Tak też zrobiłam. Wtedy też, wiedziona pozytywnymi opiniami od pewnej użytkowniczki grupek facebookowych (jeśi przeczyta, to będzie wiedzieć, że o nią chodzi - pozdrowienia! (; ), zakupiłam hennę u Pani Uli w sklepiku Pole Henny. I się w niej zakochałam. Rozrobiona papka była kremowa i łatwa w nakładaniu, a poza tym rytuał jej przygotowywania... cudo! Tak wytrwałam kolejne miesiące, regularnie zaopatrując się w kolejne porcje henny.

A oto efekty. Pierwsze, przed ostatnim farbowaniem chemicznym, drugie po pół roku z henną:



Włosów jest więcej, są grubsze, mniej wypadają, nie rozdwajają się... Na drugim byłam po przycięciu końcówek. Jestem niesamowicie zadowolona z efektów.

***

Dziękuję pani Urszuli za pomoc i cenne informacje (:

***

Linki dla ciekawych:





Gorąco polecam także fanpage bloga Golden Lies Factory na facebooku!

9 komentarzy:

  1. A ja się nie zgodzę ze stwierdzeniem, że można nakładać olej wraz z henną - w takim przypadku po co mylibyśmy włosy skoro naturalne sebum jest już na włosach? Olej tylko utrudnia związanie się henny i keratyny, a tym bardziej rycynowy, który jest olejem niezwykle ciężkim...
    Ja sama stosuję hennę od dłuższego czasu, bardzo polubiłam efekty i jak na razie nie przestanę farbować tym ziółkiem ;)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. O, słuszna uwaga. Ale już w przypadku używania bardziej jako odżywki niż farby byłoby to dobre. Olej rycynowy, owszem, ciężki, ale w niewielkiej ilości już ta "ciężkość" nie jest problemem.
      Oj, żal odstawiać hennę, raz mi przyszło machnąć włosy farbą zwykłą niedawno, i nie mogłam się nadziwić, jak od razu pogorszyła ich stan. Nigdy więcej.

      Usuń
    2. Dla mnie jest to strasznie ciężki olej, po prostu miazga :D Ja oprócz henny mam w planach kupić farbę Sante, płomienna czerwień - same ziółka!

      Usuń
    3. No jest, raz naiwnie próbowałam nim olejować włosy, więcej ich straciłam przy zmywaniu potem... ale wmieszany w maski potrafi cuda zdziałać.
      Sante? Pierwsze słyszę, ale poszukam jakiegoś info.

      Usuń
  2. Bardzo fajna notka :) Świetnie się czyta i sporo konkretów.

    A sama henna... od jakiegoś czasu się waham, czy nie spróbować, ale:
    - nie wiem, czy chcę mieć tak intensywną rudość (w sumie lubię mój myszaty blond i wmawianie sobie, że to odcień starego złota ;))
    - a tak poważniej, przeraża mnie czasochłonność tego rytuału :( Już ledwo wytrzymuję pół godzinki z drożdżową maseczką...
    - jest jeszcze ta "sztywność" włosów, o której piszesz. Moje włosy są dość niesforne i raczej wiotkie, nie chcą się w ogóle układać, nie wiem, jak to będzie współgrać...
    A z drugiej strony bardzo mnie kusi
    - rudawy odcień na włosach ;)
    - poprawa kondycji włosów.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Sztywność to raczej moje odczucie niż standardowe zjawisko, bo rzadko kto się akurat na to skarży. Teraz mam mięciutkie włosy, i, co mnie niesamowicie cieszy, przestały się zlepiać w strąki, jak to miały w zwyczaju już parę chwil po myciu. I nie kruszą się.
      Jeśli nie chcesz rudości, to mam na oddanie jakieś 50g mieszanki Rose Brown, pisałam o niej notkę niedawno. Na spróbowanie byłoby.

      Usuń
    2. Kusisz mnie i to bardzo :) Może chciałabyś jakąś książkę w zamian? :)

      A powiedz (napisz :)) mi jeszcze, jak z wypłukiwaniem się koloru?
      Czy to raczej stopniowe topnienie natężenia koloru, czy bardziej widoczny odrost?
      Odrosty, to coś, co mnie totalnie zniechęca do farbowania. Zresztą mój jedyny eksperyment z kolorem, polegał na założeniu, że kolor ma się zmywać, a nie ma być widocznych odrostów- i taką farbę mi fryzjerka nałożyła- niestety chemiczną, choć z efektu byłam zadowolona.

      Usuń
    3. A co masz ciekawego?
      Nie no, tego nie ma dużo, tyle, żeby z odżywką wymieszać i taką koloryzującą maskę zrobić.
      Odrostów raczej nie będzie, to jest mieszanka, która się wypłuka w ciągu miesiąca, nie łapie tak jak henna. Najwyżej jakiś rudawy połysk zostanie.

      Usuń
    4. Brzmi kusząco, poszedł mail.

      Usuń