środa, 25 czerwca 2014

5 największych błędów popełnianych przez blogerki urodowe

Od przypadku do przypadku przeglądam blogi, których właścicielki zajmują się recenzowaniem kosmetyków. Mam oczywiście kilka takich, do których wracam regularnie, ze względu na ciekawy sposób pisania i komplet niezbędnych informacji zamieszczenych tam, a listę tych blogów można zobaczyć obok... zapewne powiększy się ona jeszcze.

Blogów typowo urodowych jest coraz więcej, sama dołączyłam do tego grona niejako z nadmiaru wolnego czasu, ale i z chęci podzielenia się własną wiedzą - jeśli się ona komuś przyda, to tym większa radość. 

Za pisanie biorą się osoby coraz młodsze, i nie jest to niczym złym, zwłaszcza, że same też sporo się dowiadują.

Uważam osobiście, że tego typu stronki odwalają kawał dobrej roboty. Kompletne, subiektywne recenzje pisane przez osoby, które dane produkty przetestowały na sobie i mogę wiele na ten temat powiedzieć, są o wiele więcej warte przy wahaniach w doborze kosmetyków dla siebie, niż hasła producentów, a nawet i opinie pisane na ich stronie - niestety nierzadko te są nierzetelne i pisane pod jeden, pochlebny schemat. Nie wspomnę już o kasowaniu negatywnych. Chciałabym mieć dostęp do takiego zbiorku informacji, gdy byłam w wieku nastoletnim i miałam problemy z trądzikiem, uniknęłabym wielu błędów, z których skutkami walczę do dziś. Niestety, musiałam działać metodą prób i (najczęściej) błędów, opierając się na opinii niezbyt zorientowanej w temacie osoby starszej daty oraz asortymencie miejscowych, wiejskich sklepików. To się musiało źle skończyć dla kogoś z "trudną" skórą. Moim ratunkiem były studia - ukończona kosmetologia, właściwie poprowadzona pielęgnacja i możliwość wypróbowania na sobie wielu, nerzadko bardzo drogich zabiegów i kosmetyków, przyniosły wielką poprawę, i, co ważniejsze, świadomość co jest dla mnie dobre, a czego powinnam unikać, i nie tylko we własnym zakresie. Ale nie każdy chce i może się na takie studia załapać, więc pozostaje szukanie informacji w internecie. 

Co, jak się okazuje, ma nie tylko zalety. Blogi urodowe mają szerokie grono odbiorców (lub odbiorczyń), co skutkuje tym, że każda podana tam informacja zostanie wchłonięta i utrwalona. Zapoznajmy się może z paroma rzeczami, na które należy zwracać uwagę.

1. Skład kosmetyku.

Blogerki lubią bawić się w analizy tego, co jest na odwrotach produktów. Niestety, spora część nie ma pojęcia, co oznaczaja nazwy wypisane tam, i jak się ma stosunek ich ilości do rodzajów. Z blogów innych wyniosły parę określeń, i je stosują, co daje im pewne wrażenie "znania się na rzeczy", niestety nie zastępuje wiedzy. A wystarczy odrobina chęci i czasu poświęconego na poszukanie informacji.
A więc, wymieniają to, co jest najwyżej w składzie - na tym kończą. Alkohol wysoko w składzie, więc produkt bardzo wysusza... tymczasem jest to nie etanol, a alkohol cetylowy, co jest kompletnie inną sprawą! Szybko wyciągnięty błędny wniosek, informacja przekazana dalej, grono osób "oszukanych".
Dziewczyny! Sprawdzajcie to, o czym piszecie. Nie przekazujcie nieprawdziwych informacji tylko dlatego, że "wydaje wam się"!

2. Receptury własne.

A najczęściej znalezione w internecie. Na rozjaśnianie twarzy, włosów, wymywanie barwnika sodą (!), wybielanie zębów domowymi metodami, robienie własnych kosmetyków ze składników dostępnych ogólnie lub w aptekach.
Boli. Dlaczego? Bo spora część z tych rzeczy ma silne działanie, o czym część blogerek nie wie lub szybko o tym zapomina, zachwycona nową, popularną notką. Ta część dotyczy zwłaszcza nastolatek, one najbardziej skłonne są próbować wszelkie desperackie, "cudowne" metody. Autorki notek nie sprawdzają informacji, nie dodają ostrzeżeń. Pół biedy, jeśli coś po prostu nie zadziała. Sodą można zniszczyć sobie skórę, przepalić włosy (a barwnik nie zniknie), domowe wybielanie zębów niszczy kompletnie szkliwo. Skończyć się może nawet cięższymi uszkodzeniami i silnymi reakcjami alergicznymi. Kto wtedy winien? Czyżby blogerka?

Uważajcie, proszę... Jeśli zaszkodziecie sobie lub komuś, nie będzie na kogo zrzucić winy, nikt z tego nikogo nie rozliczy, tu nie ma mocy prawnej, ale czy chcecie mieć sa sumieniu czyjąś krzywdę? Osoba pokrzywdzona może bardzo popsuć wizerunek piszącej.  
Czytelniczki... Robiłyście to na własne ryzyko, biorąc info od osoby, która tego sama na sobie nie wypróbowała, po prostu skopiowała tekst z jakiejś dziwnej strony internetowej. Jeśli widzicie jakiś wątpliwy sposób, podany radośnie i bez ostrzeżeń o możliwych skutkach ubocznych, nie próbujcie tego bez doczytania na ten temat.

Najistotniejsze kwestie za nami... można przejść do lżejszych "grzeszków".

3. Niekompletne/ubogie teksty.

Zmora początkujących. Jeśli się nie znamy, nie musimy bawić sie w analizowanie składu, ale dość często obserwuję braki w samych recenzjach. Jest opis produktu - zazwyczaj oparty w całości na tym, co napisał na opakowaniu producent - i parę słów od siebie. Ale są to słowa w stylu "na mnie zadziałał dobrze", albo "fajny". A to jest o wiele za mało... 
Miałaś coś w rękach, wypróbowałaś? Opisz to dokładnie. Uwzględnij kolor, zapach, konsystencję, czas wchłaniania, zalecenia do stosowania, wszystko, co Ci przyjdzie do głowy - nigdy nie wiesz, jakie informacje się przydadzą. Kiedy podajesz własną ocenę, określ, jak dokładnie zadziałało to na Ciebie - czy produkt dobrze się wchłonął, jak się rozprowadzał czy zmywał (nie zapomnij podać informacji o swojej cerze czy włosach, na inne zadziała inaczej!), jakie wrażenia masz po zastosowaniu, czy zapach jest przyjemny i jak długo się utrzymuje, przez jaki czas kosmetyk działa. Nigdy nie pisz recenzji już po pierwszym zastosowaniu produktu!

4. Zdjęcia.

Bardzo ważna część recenzji. Większość ludzi to wzrokowcy, a nawet jeśli nie, to względy estetyczne każą nam zwracac uwagę na wygląd danej rzeczy, i na podstawie tego oceniamy, czy coś jest warte naszej uwagi. Kosmetyk powinien być pokazany z każdej strony - ale nie tylko opakowanie. Pojemniczek to coś, co każdy może zobaczyć na półce sklepowej. Konieczne jest włożenie większego wysiłku - pokazanie jak rzecz wygląda w środku - jeśli da się go otworzyć, jeśli się nie da, można wycisnąć odrobinę na dłoń czy inną powierzchnię. Ot dlatego, że miło mieć coś na poparcie własnych słów.
Jeśli rzecz dotyczy środków działających silniej - najlepiej pokazać to w formie "przed i po" - takie rzeczy powinny dawać widoczny efekt. 

Inna kwestia to jakość zdjęć. Nie każdy dysponuje dobrym aparatem, wiem, ja również go nie posiadam. W takim razie telefon zrobi, co może, ale też trzeba trochę zadbać o oprawę. Zdjęcia róbmy w pogodny dzień, w miejscu dobrze nasłonecznionym, ale bez rażącego światła, aby nic nie przekłamało kolorów i nie robiło brzydkiego wrażenia. Jeśli nie da się danego dnia zrobić dobrego zdjęcia - poczekajmy na inny. Naprawdę warto włożyć w notkę odrobinę wysiłku i pokazać coś fajnie, zamiast szybko i na odwal. Nie ucieknie, a na jakości skorzystają wszyscy. 
Co do zdjęć makijaży, obowiązuje zasada, że kolory zawsze będą nieco przekłamane - aparaty nie łapią intensywności dokładnie, więc jaskrawy błękit wyjdzie... "zwykło". Konieczne jest tu po prostu zastosowanie małej sztuczki - nałożenie koloru tak, by był mocniejszy niż oczekiwany efekt. 

No i - zadbajmy o sam produkt. Niech nie będzie brudny, sponiewierany itd - jest używany, to wiadomo, ale przetarcie z wierzchu nie zajmuje wiele czasu. Staranność procentuje później. 

I na koniec - obróbka zdjęć. Photoshop pomaga tam, gdzie aparat nie dał rady, ale nie przesadzajmy z nim, aby zdjęcie nie traciło na realiźmie. Nie przesadzajmy z intensywnością kolorów, nie dodawajmy za dużo "ozdobników", a już na pewno nie retuszujmy! Łatwo w ten sposób stracić wiarygodność. 

5. Kradzież.

Mocne słowo, a chodzi o prostą sprawę. Nie wspomnę nawet o kopiowaniu cudzych tekstów, choć i to się zdarza. Głównie rzecz dotyczy zdjęć. I to ogromny ból - każde zdjęcie z internetu ma swojego autora i włożono w nie sporo pracy, by dobrze wyglądało. Jeśli umieszczasz je na swoim blogu, napisz, skąd zostało wzięte. Łamanie praw autorskich to już poważna sprawa. Większość wie, jak paskudnie są traktowane przypadki takiego "podbierania" zdjęć jednej blogerce przez inną. Zdjęcia z internetu (za wyjątkiem tych oznaczonych jako "free to use" - ale to trzeba sprawdzić!) już są chronione prawnie.

Część osób oznacza swoje fotki "znakami wodnymi" - ja też to robię. Nie gwarantuje to całkowitego bezpieczeństwa, ale próby niewprawnego usuwania takich rzeczy pozostawiają ślad - na tyle, że widać wyraźnie, że coś jest ze zdjęciem nie tak.

To samo dotyczy informacji. Wiesz to skądś? Podaj źródło. Choćby dla osób, które chciałyby doczytać więcej. Osoby, którym zdarzyło się pisać coś "na poważnie" wiedzą dobrze, o co chodzi.

Dlaczego? Jedno słowo: wiarygodność. Wiesz, co robisz, znasz temat, bierzesz informacje z wiarygodnego źródła a zdjęcia są Twojego autorstwa. Można zaufać Twojej opinii. 
Nie kradnij. 


Tyle moich przemyśleń. Nie traktujcie tego proszę jako "hejt" - sama robię jeszcze wiele błędów. Ale po to to jest, aby każdy mógł ocenić swoją działalność i poprawić niedociągnięcia. Nie podaję konkretnych przykładów, każdy wie, co pisze i jak. 

Zostawiam rzecz do własnych przemyśleń.

8 komentarzy:

  1. Blog został dodany do listy rudowłosych :) Dodaje także do obserwatorów, bo świetnie sie zapowiada :) Pozdrawiam i życzę miłego czasu w blogosferze :)

    Ps. ułatwisz wszystkim komentowanie, jeśli wyłączysz weryfikację obrazkową w ustawieniach.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dziękuję bardzo! Nie zadbałam o te ustawienia komentowania tak jak powinnam, dzięki za zwrócenie uwagi ^^

      Usuń
  2. Ciekawy wpis, z większością się zgadzam, ale mam zupełnie inne zdanie na temat sody oczyszczonej. W odpowiednim stężeniu bardzo mocno oczyści włosy - są wtedy szorstkie, poplątane i nie da się ich rozczesać nie tracąc 1/3 końcówek. Ale ten efekt to tylko mocne oczyszczenie i czasami podsuszenie, ale jeśli po umyciu szamponem z dodatkiem sody nałoży się dobrą maskę to włosy wyglądają świetnie - są uniesione u nasady i żywsze, no i części koloru też można się w ten sposób pozbyć, poza tym mocniej oczyszczone włosy lepiej wchłaniają substancje odżywcze :). Sama nie raz używałam tego sposobu - najczęściej sięgam po nią żeby pozbyć się jakiegoś koloru, ale zdarzyło się kilka razy użyć do oczyszczenia bo sam mocny szampon nie pozbył się nawarstwionych silikonów itp. O myciu szamponem z sodą czy nawet samą sodą dużo się mówi na forach kręconowłosych i osób, które pozbywają się slsów itp ze swojej łazienki - wprawdzie ja uważam to za nieco radykalne i lubię swoje chemikalia, ale dużo osób myje włosy właśnie sodą czy nawet jajkiem ;)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Tak jest, ale ktoś z bardze wrażliwą cerą i nie bardzo ogarniający, co to są proporcje - a ja to akurat wzięłam z pewnego konkretnego bloga małoletniej początkującej entuzjastki dżapan stajlu, może sobie krzywdę zrobić, więc nie to, że jestem przeciwniczką sody - po prostu wypada ostrzec, że to nie dla każdego i nie w każdy sposób.
      Dziękuję za wizytę, bardzo lubię czytać Twojego bloga (:

      Usuń
    2. Już się bałam że to o mnie ;) Ostatnio soda ciągle stoi w mojej łazience bo chwytam się czego się da żeby tę zieleń na włosach zgasić ;) Szukając innych sposobów natknęłam się jeszcze na mycie włosów proszkiem do prania - to dopiero musi dać popalić włosom, jak czasami przepiorę coś ręcznie to nie mogę się pozbyć tego filmu z rąk - muszę porządnie myć no i skóra jest taka lekko naciągnięta, nie wyobrażam sobie tego samego na włosach i skórze głowy :/

      Usuń
    3. Ale w celu wymycia barwnika? Rany, desperacja... od razu najlepiej Ace. Co tam proszek. Swoją drogą, metodą kąpieli rozjaśniającej, tak na parę minut dosłownie co jakiś czas, nie poszłoby?

      Usuń
    4. To znalazłam chyba konkretnie do pianki Venity - sama się właśnie tego próbuję pozbyć ale proszek do prania to przesada ;) Boję się kąpieli rozjaśniającej bo właśnie tak załatwiłam sobie włosy dwa lata temu - na blogu są zdjęcia, tragedia wtedy była i stopniowo przez rok wszystkie rozjaśnione ścięłam. Z tymi włosami to ogólnie dziwna sprawa bo na te partie, które są teraz problematyczne (ładniejsze określenie dla zielonych) w tamtym roku robiłam pigmentację żeby je przyciemnić. Wydaje mi się że to im namieszało i dlatego tak dziwnie się teraz zachowują - jak próbuję zgasić zieleń czerwienią to nierównomiernie pojawia się czerwony, różowy i fioletowy.. Farba Palette na wodzie 12% kładziona na pasemko w sumie nic nie ruszyła, dekoloryzacja też już tego nie rusza, dzisiaj po myciu nałożę na nie przecier pomidorowy - polecany jest nawet przez fryzjerów na zielony odcień a krzywdy nie zrobi tak jak inne dziwne sposoby - mam nadzieję, że mi góry włosów nie zamieni w rudy ;)

      Usuń
    5. Faktycznie mega problematyczne, tyle odcieni, że czym by nie ruszyć, zaraz powstaną następne... a dziewczyny próbują z tonerami próbować, żeby taki efekt uzyskać ;D Oto metoda!

      Usuń