piątek, 27 czerwca 2014

Clarena, Sensual Hand Cream - recenzja

Kolejny krem do rąk, tym razem z (jeszcze) majowego pudełka ShinyBox*.
Dotarł do mnie w formie próbki, która jest jednak w postaci małej (30 ml) tubki, a nie saszetki, więc wystarcza na dłuższy czas - mam go od miesiąca i nie zużyłam nawet połowy (po prawdzie dlatego, że kremów do rąk używam różnych, nie jednego ciągle).

Produkty Clareny ogółem lubię, moja skóra reaguje na nie dobrze, nawet na te z serii gabinetowej, z którymi miałam kontakt głównie na studiach i praktykach.

Krem do rąk z dzisiejszej recenzji zawiera się w kategorii "Profesjonalna pielęgnacja domowa", więc to nic, czego można by się obawiać. Występuje jako jedyny produkt w Sensual Hand Line (było jeszcze kiedyś mleczko, zdaje się), obok linii Portulacia, z ekstraktami z zawartej w nazwie roślinki (krem i maska-serum).

Popatrzmy.


Design opakowania typowy dla Clareny. 

W języku polskim przetłumaczono nazwę jako "Sensualny krem do rąk".
Wait... jaki??
Niby słowo takie jak "sensualny" występuje już w słowniku języka polskiego, to nadal jest to wyjątkowo kulawy zamiennik naszego "zmysłowy". (Co i tak nie brzmi zbyt dobrze.)

Druga strona opakowania:


Według producenta:

"Krem przeznaczony do intensywnej kuracji zniszczonych dłoni i paznokci, zawiera TEGO SMOOTH o działaniu wygładzającym i ochronnym. Redukuje on szorstkość skóry wspomagając proces złuszczania, podnosi poziom nawilżenia. Alantoina i pantenol łagodzą podrażnienia i stymulują regenerację, a masło shea zapewnia odpowiednie natłuszczenie. Witamina C zamknięta w metasomach wspomaga odmładzanie skóry, działa antyrodnikowo zapobiegając procesom starzenia. Ciepły, zmysłowy zapach i delikatna konsystencja uprzyjemniają aplikację. Produkt sformułowany bez PEG, parabenów, silikonów, oleju parafinowego.

Krem wcierać w skórę dłoni i paznokcie po każdym myciu rąk. "

Witamina C zamknięta w czym?? Google nie zna takiego słowa. Ja też go nie znam.
Tak że ten tego.

Skład (wpisuję ręcznie bo nie można go odnaleźć!):
Aqua/water, Myristyl myristate, Stearic Acid, Caprylic/Capric triglyceride, Ceteareth-20, Glycerin, Talc, Cetearyl alcohol,  Polyglutamic acid, Hydrolized sclerotium gum, Betaine, Urea, Potassium Lactate, Panthenol, Allantoin, Butyrospermum Parkii (Shea butter), Ethylhexyl palmitate, Petrolatum, Polyethelene, Ascorbic Acid,  Ethylhexyl methoxycinnamate, BHT, Hydroxyethyl acrylate, Sodium acryloyldimethyl taurate copolymer, Triethanolamine, Methylchloroizothiasolinone, Methylisothiazolinone, Parfum, Citral, Benzyl Salicytate, Coumarin, Buthylphenyl methylpropional, Citronellol, D-limonene, Iron Oxides, C.I.19140.

Uff, to bardzo dużo składników, a wiele z nich widzę pierwszy raz w kremie do rąk. Przyjrzyjmy się temu nagromadzeniu.
Myristyl to emolient, środek, który ma zapewnić kremowi konsystencję i łatwość smarowania. Dalej rzuca się w oczy kilka kwasów - stearynowy, poliglutaminowy, a nawet i mocznik oraz witamina C. Kwas stearynowy nie straszy, to substancja tłusta. Kwas poliglutaminowy, PGA, to tak zwany "kolagen roślinny" - produkt fermentacji, ma działanie podobne do hialuronowego. Mocznik (Urea) i witamina C (Ascorbic Acid) dają efekt poprawy odporności skóry na czynniki zewnątrzne, w tym bakteryjne, i zakwaszają ją.
Hydrolized sclerotium gum - to właśnie jest wspomniane wcześniej TEGO (teges - nie mogę się powtrzymać, to głupia nazwa). Naturalny polimer, ma działać wygładzająco i również poprawiać odporność, i zostawiać na powierzchni skóry warstwę ochronną.
Potassium lactate to konserwant - mleczan potasu, poza tym reguluje kwasowość. Drobna uwaga dotyczy tu osób z problemami z tolerancją laktozy - trzeba sprawdzić przed zastosowaniem, czy czasem krzywdy nie zrobi.
Ethylhexyl palmitate, kolejny emolient, tłusty. Jest jeszcze jeden Ethylxexyl, ale methoxycinnamate - ale nie należy mylić jednego z drugim, ten drugi to substancja promieniochronna - filtr UV. Dzięki niemu krem nie rozłoży nam się na dziwne czynniki pierwsze pod wpływem słońca.
Petrolatum - czyli wazelina, najpospolitsza z pochodnych ropy naftowej. Polyethylene - "coś", co ma poprawiać lepkość fazy olejowej w kremie. Sam w sobie nie jest niczym groźnym.
BHT - ten skrót może straszyć. Butylohydroksytoluen - jeszcze groźniej brzmi, a to nic strasznego. Przeciwutleniacz. Reszta to konserwanty lub składniki, mające na celu utworzenie na skórze ochronnego filmu.
Najbardziej mnie zdziwił wymieniony prawie na końcu tlenek żelaza. To matowy, czerwony barwnik, natomiast ten ostatni, wymieniony z numeru jedynie, jest cytrynowożółty. Można było się spokojnie bez nich obejść.

Wybaczcie mi proszę tę długą analizę. Skład zawiera wiele konserwantów i środków stabilizujących, tak wiele różnorodnych, że aż mnie to zastanowiło. Jednak tłumaczy to zawartość składników aktywnych  - kwasów i substancji wygładzających - wymagają wsparcia, aby nie traciły szybko właściwości, nie zadziałały za mocno i nie wywołały efektu szybkiej utraty nawilżenia.

Krem ma konsystencję o średniej gęstości, nie tak zwartą i kremową jak lubię, ale i nie jest jakoś bardzo rzadki. Kolor jest wyraźnie żółtawy (dlaczego? biały byłby niefajny?).


Zapach kremu jest dość specyficzny - i niezbyt lubiany, zdaje się. Nie jest on na pewno "ciepły i zmysłowy" - w moim odczuciu jest za to nieco kwaśny, ale nie w roślinny sposób - to raczej chemiczna kwasota. Mocznik? Jest za to bardzo odświeżający, i nie uważam go za nieprzyjemny. Nie utrzumuje się on na skórze długo, chwilę po smarowaniu już się go nie czuje.

Z założenia ma bardzo wygładzić skórę, nieco ją wręcz złuszczając. Producent w innej wersji poleca smarowanie grubą warstwą na noc i zakładanie rękawiczek - materiałowe są dołączane gratis do wersji pełnowymiarowej. Ja jednak odradzam takie działanie - konsystencja kremu nie pozwala na tak niefrasobliwy użytek. Przede wszystkim, w skórę wchłania się on powoli - ma działać powierzchownie. Z tego powodu, w materiałowe rękawiczki po prostu wsiąknie - i tyle z frajdy. Moim zdaniem, najlepiej byłoby zastosować go w kombinacji z parafinowym zabiegiem na dłonie - dodatkowa warstwa okluzyjna w postaci ciepłej parafiny i folii zapewni maksymalne wykorzystanie jego możliwości.

Ja jednak nie miałam okazji wypróbować parafinki, więc przetestowałam dwa sposoby - zwykłe smarowanie i rękawiczki. Nawet jednorazowe użycie go daje zauważalny efekt wygłądzenia, chociaz nie utrzymuje się on zbyt długo. Nie mam za to wcale jakiegoś szalonego nawilżenia, w tej kwestii działa raczej słabo. Działanie w rękawiczkach jest podobne, z tym, że się po prostu traci sporą ilość preparatu. Mam nadzieję, że dane mi będzie wypróbować i ten trzeci sposób.

Co do poprawy odporności, trudno mi to ocenić - mam dość grubą i odporną skórę, więc jeśli pomoże utrzymać z czasem ten stan, to będę bardzo zadowolona. Ze względu na złuszczanie i wspomaganie odporności można, myślę, zaryzykować stwierdzenie, że krem ma odmłodzić skórę i zapobiegać procesom starzenia się - to jest bardzo trafne, szkoda tylko , że bardziej skupiono się na "sensualności" - i prawie się poległo, przez zapach i konsystencję - jest po prostu taka sobie, a nie "delikatna". Po takim określeniu oczekuje się jednak czegoć więcej, niż niemal lejącego się produktu.
 Za to wygładzanie bardzo zacne. 

Pokuszę się o jeszcze jeden strzał w opis: "bez silikonów i oleju parafinowego". No dobrze, ale za to jest wazelina. To właściwie chwyt marketingowy, ponieważ pochodne ropy naftowej w kremie się znajdują, ale nie te dwa wymienione w opisie. Very clever.


Ogólna ocena?

6/10

Dlaczego tylko tyle? Ponieważ uważam, że spokojnie możnaby zamiast krem użyć słowa "maska", i byłoby po sprawie. Krem ten o wiele lepiej spisuje się w przypadku stosowania bardziej zaawansowanego, niż w codziennym smarowaniu.

Polecam pod folię i grubą rękawiczkę - ale nie zapomnieć o folii! - za to na codzień, do nawilżania, jednak typowo nawilżające kremy sprawią się lepiej.

Myślę, że kupię go, gdy próbka się skończy, do intensywniejszej pielęgnacji dłoni będzie jak znalazł. Kosztuje około 25 zł za 100 ml, i ta cena, jak na maskę - jest w sam raz ;D

***

*Co do ShinyBox - w związku z usuwaniem/ukrywaniem przez nich na fanpage'u facebookowym moich krytycznych komentarzy w związku z produktami Marion - a komentarze w pełni zasłużone, jako że żaden z próbowanych przeze mnie ich produktów nie dał choćby znośnego efektu, a sama firma produkuje kosmetyki tanie i raczej podrzędnej jakości - zrezygnowałam z pokazywania i oceniania samego pudełka. Utrzymuję jednak nadal moją subskrypcję na nie.

środa, 25 czerwca 2014

5 największych błędów popełnianych przez blogerki urodowe

Od przypadku do przypadku przeglądam blogi, których właścicielki zajmują się recenzowaniem kosmetyków. Mam oczywiście kilka takich, do których wracam regularnie, ze względu na ciekawy sposób pisania i komplet niezbędnych informacji zamieszczenych tam, a listę tych blogów można zobaczyć obok... zapewne powiększy się ona jeszcze.

Blogów typowo urodowych jest coraz więcej, sama dołączyłam do tego grona niejako z nadmiaru wolnego czasu, ale i z chęci podzielenia się własną wiedzą - jeśli się ona komuś przyda, to tym większa radość. 

Za pisanie biorą się osoby coraz młodsze, i nie jest to niczym złym, zwłaszcza, że same też sporo się dowiadują.

Uważam osobiście, że tego typu stronki odwalają kawał dobrej roboty. Kompletne, subiektywne recenzje pisane przez osoby, które dane produkty przetestowały na sobie i mogę wiele na ten temat powiedzieć, są o wiele więcej warte przy wahaniach w doborze kosmetyków dla siebie, niż hasła producentów, a nawet i opinie pisane na ich stronie - niestety nierzadko te są nierzetelne i pisane pod jeden, pochlebny schemat. Nie wspomnę już o kasowaniu negatywnych. Chciałabym mieć dostęp do takiego zbiorku informacji, gdy byłam w wieku nastoletnim i miałam problemy z trądzikiem, uniknęłabym wielu błędów, z których skutkami walczę do dziś. Niestety, musiałam działać metodą prób i (najczęściej) błędów, opierając się na opinii niezbyt zorientowanej w temacie osoby starszej daty oraz asortymencie miejscowych, wiejskich sklepików. To się musiało źle skończyć dla kogoś z "trudną" skórą. Moim ratunkiem były studia - ukończona kosmetologia, właściwie poprowadzona pielęgnacja i możliwość wypróbowania na sobie wielu, nerzadko bardzo drogich zabiegów i kosmetyków, przyniosły wielką poprawę, i, co ważniejsze, świadomość co jest dla mnie dobre, a czego powinnam unikać, i nie tylko we własnym zakresie. Ale nie każdy chce i może się na takie studia załapać, więc pozostaje szukanie informacji w internecie. 

Co, jak się okazuje, ma nie tylko zalety. Blogi urodowe mają szerokie grono odbiorców (lub odbiorczyń), co skutkuje tym, że każda podana tam informacja zostanie wchłonięta i utrwalona. Zapoznajmy się może z paroma rzeczami, na które należy zwracać uwagę.

1. Skład kosmetyku.

Blogerki lubią bawić się w analizy tego, co jest na odwrotach produktów. Niestety, spora część nie ma pojęcia, co oznaczaja nazwy wypisane tam, i jak się ma stosunek ich ilości do rodzajów. Z blogów innych wyniosły parę określeń, i je stosują, co daje im pewne wrażenie "znania się na rzeczy", niestety nie zastępuje wiedzy. A wystarczy odrobina chęci i czasu poświęconego na poszukanie informacji.
A więc, wymieniają to, co jest najwyżej w składzie - na tym kończą. Alkohol wysoko w składzie, więc produkt bardzo wysusza... tymczasem jest to nie etanol, a alkohol cetylowy, co jest kompletnie inną sprawą! Szybko wyciągnięty błędny wniosek, informacja przekazana dalej, grono osób "oszukanych".
Dziewczyny! Sprawdzajcie to, o czym piszecie. Nie przekazujcie nieprawdziwych informacji tylko dlatego, że "wydaje wam się"!

2. Receptury własne.

A najczęściej znalezione w internecie. Na rozjaśnianie twarzy, włosów, wymywanie barwnika sodą (!), wybielanie zębów domowymi metodami, robienie własnych kosmetyków ze składników dostępnych ogólnie lub w aptekach.
Boli. Dlaczego? Bo spora część z tych rzeczy ma silne działanie, o czym część blogerek nie wie lub szybko o tym zapomina, zachwycona nową, popularną notką. Ta część dotyczy zwłaszcza nastolatek, one najbardziej skłonne są próbować wszelkie desperackie, "cudowne" metody. Autorki notek nie sprawdzają informacji, nie dodają ostrzeżeń. Pół biedy, jeśli coś po prostu nie zadziała. Sodą można zniszczyć sobie skórę, przepalić włosy (a barwnik nie zniknie), domowe wybielanie zębów niszczy kompletnie szkliwo. Skończyć się może nawet cięższymi uszkodzeniami i silnymi reakcjami alergicznymi. Kto wtedy winien? Czyżby blogerka?

Uważajcie, proszę... Jeśli zaszkodziecie sobie lub komuś, nie będzie na kogo zrzucić winy, nikt z tego nikogo nie rozliczy, tu nie ma mocy prawnej, ale czy chcecie mieć sa sumieniu czyjąś krzywdę? Osoba pokrzywdzona może bardzo popsuć wizerunek piszącej.  
Czytelniczki... Robiłyście to na własne ryzyko, biorąc info od osoby, która tego sama na sobie nie wypróbowała, po prostu skopiowała tekst z jakiejś dziwnej strony internetowej. Jeśli widzicie jakiś wątpliwy sposób, podany radośnie i bez ostrzeżeń o możliwych skutkach ubocznych, nie próbujcie tego bez doczytania na ten temat.

Najistotniejsze kwestie za nami... można przejść do lżejszych "grzeszków".

3. Niekompletne/ubogie teksty.

Zmora początkujących. Jeśli się nie znamy, nie musimy bawić sie w analizowanie składu, ale dość często obserwuję braki w samych recenzjach. Jest opis produktu - zazwyczaj oparty w całości na tym, co napisał na opakowaniu producent - i parę słów od siebie. Ale są to słowa w stylu "na mnie zadziałał dobrze", albo "fajny". A to jest o wiele za mało... 
Miałaś coś w rękach, wypróbowałaś? Opisz to dokładnie. Uwzględnij kolor, zapach, konsystencję, czas wchłaniania, zalecenia do stosowania, wszystko, co Ci przyjdzie do głowy - nigdy nie wiesz, jakie informacje się przydadzą. Kiedy podajesz własną ocenę, określ, jak dokładnie zadziałało to na Ciebie - czy produkt dobrze się wchłonął, jak się rozprowadzał czy zmywał (nie zapomnij podać informacji o swojej cerze czy włosach, na inne zadziała inaczej!), jakie wrażenia masz po zastosowaniu, czy zapach jest przyjemny i jak długo się utrzymuje, przez jaki czas kosmetyk działa. Nigdy nie pisz recenzji już po pierwszym zastosowaniu produktu!

4. Zdjęcia.

Bardzo ważna część recenzji. Większość ludzi to wzrokowcy, a nawet jeśli nie, to względy estetyczne każą nam zwracac uwagę na wygląd danej rzeczy, i na podstawie tego oceniamy, czy coś jest warte naszej uwagi. Kosmetyk powinien być pokazany z każdej strony - ale nie tylko opakowanie. Pojemniczek to coś, co każdy może zobaczyć na półce sklepowej. Konieczne jest włożenie większego wysiłku - pokazanie jak rzecz wygląda w środku - jeśli da się go otworzyć, jeśli się nie da, można wycisnąć odrobinę na dłoń czy inną powierzchnię. Ot dlatego, że miło mieć coś na poparcie własnych słów.
Jeśli rzecz dotyczy środków działających silniej - najlepiej pokazać to w formie "przed i po" - takie rzeczy powinny dawać widoczny efekt. 

Inna kwestia to jakość zdjęć. Nie każdy dysponuje dobrym aparatem, wiem, ja również go nie posiadam. W takim razie telefon zrobi, co może, ale też trzeba trochę zadbać o oprawę. Zdjęcia róbmy w pogodny dzień, w miejscu dobrze nasłonecznionym, ale bez rażącego światła, aby nic nie przekłamało kolorów i nie robiło brzydkiego wrażenia. Jeśli nie da się danego dnia zrobić dobrego zdjęcia - poczekajmy na inny. Naprawdę warto włożyć w notkę odrobinę wysiłku i pokazać coś fajnie, zamiast szybko i na odwal. Nie ucieknie, a na jakości skorzystają wszyscy. 
Co do zdjęć makijaży, obowiązuje zasada, że kolory zawsze będą nieco przekłamane - aparaty nie łapią intensywności dokładnie, więc jaskrawy błękit wyjdzie... "zwykło". Konieczne jest tu po prostu zastosowanie małej sztuczki - nałożenie koloru tak, by był mocniejszy niż oczekiwany efekt. 

No i - zadbajmy o sam produkt. Niech nie będzie brudny, sponiewierany itd - jest używany, to wiadomo, ale przetarcie z wierzchu nie zajmuje wiele czasu. Staranność procentuje później. 

I na koniec - obróbka zdjęć. Photoshop pomaga tam, gdzie aparat nie dał rady, ale nie przesadzajmy z nim, aby zdjęcie nie traciło na realiźmie. Nie przesadzajmy z intensywnością kolorów, nie dodawajmy za dużo "ozdobników", a już na pewno nie retuszujmy! Łatwo w ten sposób stracić wiarygodność. 

5. Kradzież.

Mocne słowo, a chodzi o prostą sprawę. Nie wspomnę nawet o kopiowaniu cudzych tekstów, choć i to się zdarza. Głównie rzecz dotyczy zdjęć. I to ogromny ból - każde zdjęcie z internetu ma swojego autora i włożono w nie sporo pracy, by dobrze wyglądało. Jeśli umieszczasz je na swoim blogu, napisz, skąd zostało wzięte. Łamanie praw autorskich to już poważna sprawa. Większość wie, jak paskudnie są traktowane przypadki takiego "podbierania" zdjęć jednej blogerce przez inną. Zdjęcia z internetu (za wyjątkiem tych oznaczonych jako "free to use" - ale to trzeba sprawdzić!) już są chronione prawnie.

Część osób oznacza swoje fotki "znakami wodnymi" - ja też to robię. Nie gwarantuje to całkowitego bezpieczeństwa, ale próby niewprawnego usuwania takich rzeczy pozostawiają ślad - na tyle, że widać wyraźnie, że coś jest ze zdjęciem nie tak.

To samo dotyczy informacji. Wiesz to skądś? Podaj źródło. Choćby dla osób, które chciałyby doczytać więcej. Osoby, którym zdarzyło się pisać coś "na poważnie" wiedzą dobrze, o co chodzi.

Dlaczego? Jedno słowo: wiarygodność. Wiesz, co robisz, znasz temat, bierzesz informacje z wiarygodnego źródła a zdjęcia są Twojego autorstwa. Można zaufać Twojej opinii. 
Nie kradnij. 


Tyle moich przemyśleń. Nie traktujcie tego proszę jako "hejt" - sama robię jeszcze wiele błędów. Ale po to to jest, aby każdy mógł ocenić swoją działalność i poprawić niedociągnięcia. Nie podaję konkretnych przykładów, każdy wie, co pisze i jak. 

Zostawiam rzecz do własnych przemyśleń.

niedziela, 15 czerwca 2014

Rose Brown od Pola Henny: ziołowa mieszanka koloryzująca. Test

Wielki dzień, jestem już po próbie mieszanki ziołowej od Pola Henny, i mam zaszczyt i przyjemność przedstawić rezultat (:

Ziółka otrzymałam od pani Urszuli do wypróbowania mieszanki od nowego producenta, z dostępnych odcieni dostał mi się Różany Brąz - jako, że prosiłam o coś ciemniejszego od mojej standardowej hennowej miedzi. 

Zacznijmy może od stanu "przed" - włosy farbowane henną, czasem mieszaną z neemem, od około 4-5 miesięcy, na dzień testu ostatnia koloryzacja miała miejsce 1,5 miesiąca temu, więc miałam niewielki, nieco jaśjniejszy odrost. 



Tak prezentował się kolor moich włosów w pochmurny dzień, a więc zdjęcia nie ukazują pełni koloru. Tu jeszcze jedno, wcześniejsze, za to przy pełnym oswietleniu:


Z nieco bojowym nastawieniem i pełna nadziei (z lekką domieszką niepokoju), przystąpiłam do wielkiej próby.

Paczuszka ziółek, które do mnie dotarły pocztą, prezentowała się tak:


Zapakowane próżniowo 100g mieszanki, z naklejką, określającą odcień. Po odpakowaniu, kolejna foliowa otoczka, tym razem przezroczysta.



Jak widać, słowa "pakowanie próżniowe" zostały potraktowane bardzo poważnie - zawartość jest "ściśnięta" bardziej nawet, niż w przypadku kupowanej przeze mnie dotychczas henny. Jest to powód, dla któego otwieranie woreczka jest trudne - nie da się "strzepać" proszku nieco na dół, więc po nacięciu rogu zawsze się troszkę usypie. Ja dostawałam się do niego właśnie taką metodą, aby uniknąć strat i zabrudzeń - nacinałam róg, by wpuścić nieco powietrza i pozwolić zawartości opaść spokojnie na dół. Nie do końca mi się to udało.

Po przygodach z otwieraniem:


Naszym oczom ukazuje się drobiutko zmielony proszek. Uwaga przy sypaniu - bardzo pyli! Nie udało mi się uniknąć zabrudzenia ręcznika, ale to niewielki szczegół, jako że ten ręcznik był właśnie po to, by go pobrudzić.



Proszek ma kolor oliwkowy, coś brązowo-zielonego. Zapach bardzo kojarzy się z wysuszonym na słońcu sianem - z ciekawości porównałam z czystym proszkiem hennowym, również od Pola Henny, którego mam jeszcze całe opakowanie w zapasie. Henna pachnie zdecydowanie bardziej "zielono", roślinnie, ma też bardziej zielonkawy kolor, ta mieszanka już czymś suchym. Wiecie, o co chodzi (;

Skład, według producenta, to: henna, indygo, Shikakai, Manjistha, Harad, Brahmi, Amla i Bhringraj - nie określono proporcji. Wiele rzeczy, o których pierwszy raz słyszę, więc konieczny był mały risercz...

Shikakai - czyli roślinka o dumnej nazwie Acacia concinna, to krzew rosnący w Azji, jego liście charakteryzuje zawartość dużych ilości naturalnych cukrów i kwasów - między innymi szczawiowego, cytrynowego, winowego, bursztynowego i askorbinowego, a także saponin, które mają właściwości oczyszczające i pieniące. Saponiny podane doustnie mają działanie wymiotne, ale... przecież nie będziemy tego jeść!
Manjistha - czyli Rubia cordifolia, albo Marzanna indyjska lub sercolistna, roślina występująca w regionach śródziemnomosrkich i wschodnich. Jej korzeń zawiera czerwony pigment - Alizarynę, a sam ekstrakt z korzenia ma właściwości tonizujące, antybakteryjne i przeciwzapane, stosowany jest też w lekach przeciwalergicznych.
HaradTerminalia chebula, Migdałecznik Chebułowiec lub żółty Myrobalan, to liściaste drzewo występujące południowej Azji. Jego owoce mają dużą zawartość garbników, kwasów (chebulinowy i inne), oraz... rutyny. Stosowane są w środkach przeciwmiażdżycowych i przeciwzapanych, ma właściwości antyoksydacyjne, przeciwzapalne, antybakteryjne i oczyszczające.
Brahmi - Bacopa monnieri, Bacopa drobnolistna, ziele stosowane w... akwarystyce. Rośnie na terenach podmokłych właściwie na każdym kontynencie (prawie...). Zawiera alkaloidy, saponiny i glikozydy, jego ekstrakty używane są w preparatach wzmacniających pamięć i koncentrację, mają działanie zwiększające przepływ krwi w mózgu. Działa też antyoksydacyjnie i hamująco na wypadanie włosów. Uwaga! Preparatów zamierających Brahmi nie powinny stosować kobiety w ciąży i karmiące piersią.
Amla i Bhringraj - polecam wpis tutaj i tutaj.
Taki skład daje nam wyraźnie kwaśny odczyn mieszanki, a więc do głosu powinna dojść bardziej henna, która je lubi, niż indygo.

Tyle z poszukiwania informacji, tym, co chcą wiedzieć więcej, polecam kliknięcie w podane w tekście linki (:

Tymczasem pora na dalsze działania. Proszek potraktowałam zgodnie z przekazaną mi instrukcją producenta - wymieszałam z przegotowaną, ostudzoną wodą. Do testu wykorzystałam około 3/4 opakowania - zazwyczaj na moją długość włosów wystarczała połowa paczuszki henny, tym razem chciałam uniknąć niedociągnięć i pozostawienia niedofarbowanych miejsc.


Na zdjęciu papka jeszcze w formie "za gęstej" - kolor żywo oliwkowy, po rozrobieniu z wodą nabiera lekko cierpkiego zapachu. Chcąc ułatwić sobie życie, dodałam do całości trochę zwykłej maski do włosów - dzięki temu lepiej się rozprowadza i spłukuje. Wszystko to nałożyłam na suche, umyte włosy. Czas działania przewidziano na 45 do 60 minut. I tak zaczęła się najbardziej stresująca godzina ever.

Trzeba pochwalić całość, że nie ścieka z włosów. Za to próby domycia przypadkowych "ciapek" na skórze dały mi powód do lekkiego niepokoju - pozostawiały ślad w kolorze... niebieskim! Wiem, że to zasługa indygo, ale i tak wprawiło mnie to w pewne zmieszanie. 

Drugą rzeczą wartą wzmianki jest to, że z czasem mieszanka na włosach ciemnieje, niemal do czerni. Natomiast woda przy spłukiwaniu jest pomarańczowo-brązowa, z tworzącą się dosć obficie pianą w kolorze... tak, niebieskim. Wyjątkowo ciekawe zjawisko ;D Za to uważać należy na powierzchnię wanien i zlewów - sama mieszanka zostawia trudne do zmycia, zielonkawoniebieskie plamy.

Jestem już też po umyciu włosów szamponem (zaraz po spłukaniu tego nie zrobiłam, z przyzwyczajenia do henny). Mycie zaowocowało podobnym zjawiskiem kolorystycznym, na ręczniku zostały pomarańczowe ślady. Myślę, że będzie się to tak wypłukiwać jeszcze jakiś czas.

A oto, co uzyskałam na włosach:



Wcale ładny brązik. W słońcu zauważalnie rudawy, jeśli mocnego światła brak, jest raczej chłodniejszym brązem - postaram się dodać jeszcze kilka zdjęć, jeśli uda mi się zrobić jakieś "wyglądające". Z czasem pewnie zrobi się bardziej rudawy. Notka - na jaśniejszym odroście złapał bardziej "chłodno" - bez takiego rudego połysku.

Jeszcze zbliżenie na kolor w mocnym słońcu:


Włosy są bardzo błyszczące, gładkie, mieciutkie w dotyku, zachowały zapach siana nawet po umyciu. 

Jak oceniam efekt? To bardzo ładny brąz, zdezydowanie nazwa "Rose brown" jest trafna. Jednak uznałam, że aż tak ciemny odcień nie jest dla mnie - wolę jaśniejsze rudości. Bardzo za to spodobał się mojej mamie, i jeśli trafi do sprzedaży, na pewno kupię dla niej. Ponadto, myślę, że domieszanie części henny da mi efekt, o którym myślę już od jakiegoś czasu - nieco ciemniejszej miedzi. Więc kolejny eksperyment za jakiś czas (; Muszę też kiedyś pokusić się o recenzję samej henny...

Za udostępnienie próbki i instukcje dziękuję pani Urszuli z Pole Henny, i polecam się na przyszłość (:



Dodatkowo dla chętnych:

czwartek, 12 czerwca 2014

L'Occitane en Provence: Vanille & Narcisse, woda toaletowa. Recenzja

Chęci są, motywacji brak. Dlatego dopiero teraz biorę się za majowy ShinyBox.

Na pierwszy ogień poszła miniaturka wody toaletowej L'Occitane, marki, o której nigdy wcześniej nie słyszałam, ale i nic dziwnego. Produkty tej firmy oscylują sobie cenowo daleko poza zasięgiem moich możliwości. Z tej części pudełeczka ucieszyłam się najbardziej - śmierdziuszek do spróbowania zawsze spoko. A tym bardziej, że okazał się całkiem całkiem...

Miniaturka, o pojemności 7,5 ml. Pudełeczko całkiem przyjemne, z grubego, szorstkiego kartonu, ma pewien klimat (en provence!).


Wersja pełnowymiarowa kosztuje (podobno) 230 zł za 75 ml. Miniaturki, jak ta ze zdjęcia, są dostępne na allegro w cenie od 17 zł. 

Zajrzyjmy jeszcze na inną stronę opakowania.


Opis w języku francuskim i angielskim, skład, ostrzeżenie, aby nie zbliżać produktu do ognia.

Tymczasem producent twierdzi:

"Wanilia w delikatnej otoczce z białych kwiatów. Z początku dyskretny, zapach narcyzów rozwija się niczym bukiet białych kwiatów, ujawniając korzenne nuty serca. Zapach ewoluuje w kierunku bogatej i zniewalającej wanilii, która doskonale współgra z pikanterią dzikich i nieokiełznanych nut narcyza.

Składniki: absolut wanilii z Madagaskaru i absolut narcyza z Francji.


Nuty zapachowe:
nuta głowy: czarna porzeczka, bergamotka
nuta serca: narcyz, gardenia
nuta bazy: wanilia, bób tonka "


W składzie, oprócz alkoholu, wody i tajemnej mieszanki zapachowej, mamy ekstrakty z wanilii i narcyza, konserwanty, stabilizatory oraz barwniki. Klasycznie.


Buteleczka jest z grubego szkła z wytłoczonym znakiem "&", w wersji pełnowymiarowej komponuje się on z nazwą produktu, tu wygląda jak jakieś dziwne i niezbyt wyszukane logo. Buteleczka zakręcana, bez atomizera czyy innych dodatków ułatwiających życie. Sama woda ma lekko pomarańczowe zabarwienie.

Co czuje mój niewprawny nos?

Muszę przyznać, że bardzo podoba mi się ten zapach. To dobra wanilia, nic sztucznego, ale nie jest też przesadnie słodka, nuta czarnej porzeczki stanowi świetne uzupełnienie. Zdecydowanie z kategorii orientalnych, lekko piżmowy, ale nie jest ciężki. Kwiatowych motywów nie wyczuwam, ale też, szczerze mówiąc, niewielkie mam pojęcie jak pachnie narcyz czy bergamotka. A "bób tonka" już musiałam wygooglać, wyjątkowo intrygująco brzmiący składnik. 
Zapach jest przede wszystkim bardzo trwały. Używam jedynie kilku kropel, na nadgarstki i szyję, a potrafię czuć go na skrórze aż do wieczora. Co daje więcej niż 12 godzin. Początkowo bardzo wyczuwa się tę złamaną owocem wanilię, potem łagodnieje, aż to przytłumionego, słodko-drewnianego aromatu. Mój mężczyzna stwierdził, że pachnę jak strony starych książek... jeśli to zasługa tego śmierdziuszka, to ja jestem w niebie!
Używam od prawie miesiąca, żużyło się niewiele (zdjęcie wyżej), bo, jak wspomniałam, wystarczą niewielkie ilości. W takim układzie na zakup pełnowymiarowego produktu nie skusiłabym się, bo... po co? Gdy tania miniaturka wystarcza na tak długo? Oceniam, że wytrwa co najmniej pół roku.

Ogółem? Lubię. Oczywiście dla fanek orientu i słodyczy, ale nie tylko, bo nie jest typowym przedstawicielem kategorii. Na mój nos, lubujący się w zapachach świeżo-słodkawych, podpasował, choć i mnie samą to zaskoczyło.

Ocenia? 9/10

~*~

Przyszły wreszcie ziółka od Pola Henny! Jutro szykuje się test, a receenzja powinna pojawić się w niedzielę. Nie mogę się doczekać rezultatów (: