środa, 7 maja 2014

Co, jak, i dlaczego tak. Temat składów kosmetyków - trochę obserwacji.

Notka ta jest małym wynikiem przemyśleń pod wpływem blogowych wędrówek.

Wzięłam się za bloga z recenzjami niejako pod wpływem nadmiaru czasu. Sama niekiedy szukam recenzji czegoś, a te blogowe są wcale niezłe, lepsze w moim mniemaniu niż suchy zbiór na wizaż.pl. Why? Bo tam jest to lista opinii zebrana w chaotyczną i mało przejrzystą kupę, co daje co prawda obraz całościowy, z którego można wyciągnąc wcale zgrabną statystykę "tyle działa - tyle nie". Ale... to nie wszystko. Potrzeba czasem trochę więcej. Parę zdjęć, jakieś własne odczucia, z dokładną informacją dlaczego tak, i jaka osoba dany produkt na sobie testowała. Jest to, wbrew pozorom, ważny czynnik - znając rodzaj cery czy włosów i całość pielęgnacji, można wyrobić sobie względne pojęcie o tym, jak zadziała kosmetyk "na mnie". 

Dobra rzecz, która pojawia się coraz częściej, to analiza składu recenzowanego produktu.

Gwoli wyjasnienia: sama się w to nie bawię. Póki co, być może zacznę, jeśli uznam, że mam na to ochotę. Nie  jestem alergiczką i wiem, czego powinnam unikać, czego szukać, i innych kosmetyków po prostu u mnie nie będzie. Z punktu widzenia bloggera jest to bardzo egoistyczne podejście, i przede wszystkim daje pewien niedosyt informacji, co jest do zmiany, ale przyszłość, przyszłość... nie wszystko na raz. Metoda małych kroczków zawsze spoko.

W obrazie już ogólniejszym: moje obie prace dyplomowe dotyczyły szkodliwości kosmetyków, zahaczając mocno o temat wiedzy, co w nich się właściwie znajduje. Analizowałam kawałek po kawałeczku każdy ze składników, pod kątem chemicznych właściwości, wpływu na skórę oraz na całość organizmu, wybierając potem te najczęściej stosowane. Moja praca polegała na początku na zebraniu dostępnych w internecie informacji na ten temat, a następnie weryfikacji ich. Spora część tych informacji to niestety niepotwierdzone badaniami domysły i niesprawdzone teorie. I nie mam na myśli podejrzeń wynikłych z badań na szczurach czy inszych laboratoryjnych pieszczochach - to osobna kwestia. Ale, oczywiście, są i takie, które się potwierdziły, niektóre z tych składników zostały już wykluczone z użycia lub ograniczone. Polecam w tym celu śledzenie zmian na Liście substancji niedozwolonych lub dozwolonych w ograniczonym stopniu do stosowania w kosmetykach. 
Osobną częścią pracy, już magisterskiej, była analiza stanu wiedzy na ten temat. Wtedy, a było to rok temu, w moim ujęciu tematu ta wiedza była niewielka i niewystarczająca. Jeśli ktoś miał świadomość tego, co znajduje się w używanych przez niego kremach i mazidłach, to jedynie osoby, które miały już bądź mają problemy z nadwrażliwością cery, i po prostu muszą pewnych rzeczy unikać. Reszta wiedziała niewiele lub wcale, co więcej, nie bardzo się tematem interesowała. Wspomnę, że chodzi o kobiety głównie w wieku 17-26 lat, uczennice bądź studentki. Wiek, w którym raczej się o siebie bardzo dba. 

Dlatego też, dokładne analizy składów na blogach urodowych tak pozytywnie mnie zaskoczyły. 
Te racjonalne i rzetelne, bo oczywiście nie brak i takich, które serwują notki w stylu "wszystko zła chemia, fuj fuj, nie chce ale muszę". Nie będę pokazywać palcem, bo tym osobom nie powinno się robić reklamy, mimo, że ich blogi są dosyć popularne i prowadzone ładnie.

Do grupy tych godnych polecenia należy między innymi blog Oaza długich włosów. Iv w miły, przystępny sposób odnosi się do składu porduktu nie pod kątem starsznych i szkodliwych, tylko tego, co komu może się przydać. Na pochwałę zasługuje analiza ilościowa składów, producenci kosmetyków lubią się chwalić umieszczaniem w nim czegoś, co faktycznie jest w ilościach znikomych, i właściwie pozostaje bez wpływu. W kwestii włosów ma to szczególne znaczenie, tu nie jest tak łatwo skutecznie zadziałać.
Niekoniecznie mogę za to pochwalić znaną i lubianą Anwen - choć lubię jej recenzje, sam skład, podany "na sucho" niestety jest useless - osoba bez odrobiny wiedzy chemicznej nic nie wyciągnie z listy łacińskich nazw. To samo można przeczytać na opakowaniu bądź stronie producenta, a stwierdzenia "alkohol wysoko na liście składników" brzmią jak teksty dla przedszkolaków. Mam jednak włosomaniaczki za istoty o większej umiejętności pojmowania, a co najmniej chęci do rozwijania się w tej dziedzinie. Ale to tylko jedna uwaga, poza tym teksty Anwen są miłe w odbiorze i przejrzyście pisane.
Jeszcze jeden przykład bloga urodowego, który lubię czytać - Buduar Margotki. I tu wielki plus - skład, przystępne omówienie go, z podaniem prostych i jasnych informacji, jak dana rzecz działa i dlaczego została użyta. Tak też, mam wrażenie, powinno to wyglądać. Ponadto, piękne i starannie wykonane zdjęcia - tej pani za recenzje powinno się płacić. Pełen profesjonalizm.
Takich blogów jest więcej. I przybywają kolejne. Bardziej, mniej znane.

Zapewne powynajduję jeszcze więcej takich godnych polecenia, i pojawią sie na mojej liście czytelniczej, więc zaglądać śmiało...

Cieszy mnie fakt rosnącego zainteresowania sprawą składu używanych produktów... Zwłaszcza, że zachowuje się w tym wszystkim umiar, bez krzyku i dramatów o chemię. Chemię mamy i w naturze, a szkodzi brak rozsądku jedynie. Tego rozsądku zaś z czasem większości z nas przybywa. Oby się to dalej poprawiało (;

***

Maruuuudny dzień, coś niby pada, niby nie, nie wiadomo co ze sobż zrobić. Siedzenie w pracy staje się uciążliwe.
Z rana zostałam pochwalona przez szefa... "Alicja... today beautiful". Cieszą takie rzeczy! 

A, i na mały plusik do nastroju, wczorajszy prezent, odrobinka szczęścia, co prawda nie osobiście znaleziona, ale zawsze to coś (;


Brak komentarzy:

Prześlij komentarz