wtorek, 27 maja 2014

Natura Siberica - zimowy krem do rąk. Recenzja

Kremów do rąk moich odsłona kolejna...

...po tym jakże swobodnym stylistycznie wstępie, mogę zająć się wyrażaniem czystej i nieskrępowanej radości z tego, że przyszły skarbki z Lawendowej Szafy, i każdy został odpowiednio wypróbowany ;3

A na pierwszy ogień poszedł krem do rąk.

Natura Siberica kusiła mnie od samego początku przepięknym designem opakowań... muszę to przyznać z lekkim rumieńcem. Bo też i logo mają cudne, a... rosyjskość całości robi wrażenie pewnego luksusu. Cóż, fakt, niektóre z ich kosmetyków potrafią być drogie.

Ja poszłam po najmniejszej linii oporu, wzięłam na próbę krem do rąk.

Marka chwali się, że używa prawie wyłącznie naturalnych składników, nie dodaje do swoich kosmetyków parabenów, sztucznych barwników czy pochodnych ropy naftowej. Cóż, zajrzyjmy...

Po pierwszym spojrzeniu w paczuszczkę, moją uwagę zwrócił jeden szczegół. Mój kremik wygląda tak:


Tymczasem spójrzmy na zdjęcie sklepowe.

(Źródło: lawendowaszafa24.pl)

Nno. Co też ta Lawendowa... Toż to co innego jest. I'm so confused.
Nie, nie jest to niby co innego, ale totalnie inaczej wygląda. Tak samo ładnie, ale inaczej *sniff*

Nie obrażamy się. Kremik kosztował całe 9 zł. Nadal jest kawaii ruskim kremikiem.

Patrzmy dalej.

Na opakowaniu możemy przeczytać...


...aaaaalbo i nie możemy. No dobra, niektórzy mogą. Ja nie mogę. Cyrylicą jeszcze nie umiem. Cóż, pozostaje mi look na Lawendową i uwierzyć na słowo, że to o to się rozchodzi, pudełko niestety zagubiło mi się. A piszą tak:

"Naturalna siła syberyjskich ziół i czyste organiczne ekstrakty, na bazie których został stworzony krem pomaga chronić dłonie przed oddziaływaniem zimna i zapewnia skórze intensywne odżywienie.

Unikatowy skład kremu tworzą Dzika Róża Dahurska i Różeniec Górski, składniki te podnoszą właściwości ochronne i aktywność skóry. Ekstrakt z Białego Mchu Syberyjskiego pomaga skórze dobrze znosić zmiany klimatyczne np. zmiany temperatur. D- Panthenol skutecznie nawilża i odżywia skórę dłoni."

I jeszcze...

"NATURA SIBERICA to niezwykłe kosmetyki pielęgnacyjne. To pierwsza w Rosji organiczna kosmetyka, której stosowanie przynosi prawdziwe rezultaty.

Wysoka aktywność dziko rosnących ziół i traw syberyjskich oraz z Dalekiego Wschodu!

Maksymalna zawartość składników roślinnych!"

Moja sceptyczna dusza płacze, a racjonalna się uśmiecha, bo wie, co to znaczy. Ale brzmi to ładnie, nie czepiajmy się. Zajrzyjmy w skład.

Aqua with infusions of extracts: Rhodiola Rosea, Pulmonaria Officinalis, Hesperis Sibirica, Sphagnum Cuspidatum, Dicaprylyl Ether, Panthenol, Cocoglycerides, Sorbitan Oleate, Polyglyceryl-3-Diisosstearate, Glycerin, Beeswax, Organiczne ekstrakty: Chamomilla Recutita, Spirae Ulmaria, Oleje: Rosa Davurica, Pinus Sibirica, Tocopherol, Palm Glycerides Citrate, Parfum, Benzyl Alcohol, Benzoic Acid, Sorbic Acid.

Co tu można wypatrzeć?
Poza wodą z multum ekstraktów roślinnych, który to zestaw został najwyraźniej potraktowany jako jeden składnik, więc roślinki lądują na początku... dobry chwyt marketingowy dla czytających składy, trzeba przyznać. Tylko, że nie. 
Drodzy moi, to nie jest takie fajne. "Ekstrakt z czegośtam" to nie jest jedna substancja. To mieszanina najrożniejszych rzeczy, i nie jesteście w stanie dowiedzieć się jakich właściwie, bo... nie wiecie nic o tym, jak ten ekstrakt został uzyskany, dokładnie z jakiej części rośliny, w jakim stadium rozwoju była, gdzie rosła... a może przy autostradzie? Albo radioaktywnym bajorku? To JEST ważne. Chyba, że wierzymy z bajkową starowinkę zbierającą ziółka na górskiej polanie o wschodzie słońca - na skalę przemysłową? (;
 Ale tego nikt nie napisze na opakowaniu. Aż dziw, że nie ma przepisów regulujących to jeszcze. 
Chemia chemią, ale przynajmniej wiemy, że TO jest TYM i TYLKO TYM.

Ale ale. Wracając do składu. Glicerynka... standard. Mamy więc emulsję olej w wodzie, nawilżającą, nie natłuszczającą. Wosk pszczeli... tu mały dzwoneczek alarmowy powinien dzyngnąć alergikom. (jeśli nie dzyngnął jeszcze przy ekstraktach) Kolejne ekstrakty, trochę olejów... róża, sosna syberyjska...  Witamina E w formie tokoferolu (...że niby nie syntetyzowana sztucznie? khem.) w roli przeciwutleniacza, kwas benzoesowy i sorbowy jako konserwanty. Nie najgorzej od strony chemii, od naturalnej jak zazwyczaj.

Poznęcałam się, czas na ocenę.

Konsystencję krem ma nieco rzadszą niż zazwyczaj miewają kremy, zostawia na skórze wilgotną smugę po rozsmarowaniu... nieco widać tę właściwość na zdjęciu:


Wchłania się dość powoli, ale dobrze, nawilża też przyzwoicie. 
Największą jego zaletą, jak na mój gust, jest zapach - roslinny, coś jak połączenie delikatnej nuty świeżo skoszonej trawy z czymś kwiatowym. Lekki, wyczuwalny gdy zbliżyć nos do dłoni, ale można się nim upajać.
Jest to z założenia krem zimowy - i jako taki, moim zdaniem, nie sprawdzi się. Jest zdecydowanie zbyt lekki, nie zostawia na skórze warstwy ochronnej, nie daje też zbyt długiego nawilżenia. A jak działa ten tajemniczy ekstrakt z mchu? Tego nie wiedzą nawet najstarsi Ind... ten, no.
Dobrze za to sprawdzi się w ciepłe dni, ze względu na uczucie odświeżenia, jakie daje.

 Używam go chętnie, na obecną, czasem przesadnie ciepłą pogodę nadaje się całkiem dobrze. Ale, muszę przyznać, w porównaniu choćby z kremem Pani Walewska z poprzedniej recenzji, wypada odrobinę blado. Czy kupiłabym ponownie? Myślę, że tak. Cena nie jest wysoka, zapach cudowny, nawilżanie nawet nawet, a i wygląda toto przyjemnie. Nie żal zakupu, nawet pomimo niespodzianki na początku.

Ogólna ocena?
7/10

+ zapach
+ lekkie nawilżanie
+ uczucie odświeżenia
+ ładne opakowanie

- nie na zimę, mimo zapewnień producenta
- dosyć rzadka konsystencja

...a następnym razem dobieram się już na poważnie do Shiny Boxa (;

wtorek, 20 maja 2014

RefectoCil, henna żelowa do brwi, 4.1: ruda. Recenzja

Wreszcie mogę napisać i o tym cudeńku.

Moją "od zawsze" bolączką, odkąd włosy farbuję na rudo, są brwi. Po pierwsze, moje własne naturalnie są jasne, tak jaśniutkie, że ich nie widać.
Po drugie, henna. Brwi farbowane na brązowo, przy miedzianych czy czerwonych włosach, wyglądają... nienaturalnie. Co najmniej. A części przypadków po prostu są w niezbyt miły sposób... widoczne.
Pół biedy, jeśli ktoś ma je nasnobrązowe czy w odcieniu rudawym... ciemne to tragedia. A stosowanie henny w pierwszym rzucie daje właśnie najczęściej zbyt ciemny odcień, natomiast robić to henną do włosów... ech. Nie ma szans.

(Z tego miejsca pragnę pozdrowić wszystkich panów, którzy, uważając się za specjalistów od kobiecej urody, po kolorze brwi odróżniają, czy dana rudowłosa jest ruda naturalnie czy też nie.)

Poszukując sposobu na to, wynalazłam właśnie przedstawione w tytule zjawisko.

Henna z RefectoCil znana jest najbardziej z tego, że to właśnie ją wykorzystują wszelakie gabinety kosmetyczne. Ja zapoznałam się z tą marką na studiach, i, muszę przyznać, jest to najlepszy produkt z tego rodzaju, z jakim udało mi się spotkać.

Przede wszystkim, jak się okazuje, ma naprawdę szeroką gamę odcieni:

(Źródło obrazka: henna.com.pl)

Od blondu (do rozjaśniania) po głęboką czerń, przechodząc przez brąz (kilka odcieni), grafit, granat...

Odcieni rudości mamy dwa: 4 oraz 4.1, kasztan i rudy. Ja skusiłam się na ten drugi.



Zalety RefectoCila są chyba wszystkim znane: henna w żelu, bardzo wydajna, łatwo się nakłada i zmywa, jest też dosyć trwała. Ale jak to wygląda z tym odcieniem?

Pierwsze co, po nałożeniu odrobiny do naczynka, rzuca się w oczy, to kolor.



Żywoczerwony. Trochę niepokojące z punktu widzenia osoby, która oczekuje raczej efektu miedziopodobnego.
Rozmieszanie jej z odrobiną wody ultenionej, początkowo idzie opornie, ale ten typ po prostu tak ma - chwilka dziabania i mamy ładną, jednolitą, żelową masę, którą można nałożyć na brwi, bez groźby, że zaschnie.

Hennę trzymałam na brwiach około 7 minut, testowo. W tym czasie szybko ściemniała, niemal do czerni. Po zmyciu... ot, co otrzymałam:


Zdjęcie niestety nie oddaje w pełni efektu, i jakoś nie umiem zrobić lepszego, więc komentarz:
Tak, to jest czerwień. Póki co, ufarbowana skóra, czekam, aż nieco to zejdzie. Brak regulacji wybaczcie, to standardowa chyba bolącza osób, które mają "przezroczyste" brwi i budzą się dopiero kiedy po farbowaniu widać "co nie co za dużo".
Kolorem wyjściowym był sprany hennowy brąz, z drogeryjnej proszkowej henny. 

Nasuwa mi się jeden główny wniosek:
Bardzo myląco przetłumaczono nazwę odcienia "red" na "rudy"... 
Nie, on nie jest rudy, i nie będzie, za to można nią uzyskać żywą, jaskrawą wręcz czerwień.

Polecam czerwonowłosym, rudym... nie do końca. Być może, gdyby pobawić się w mieszanie odcieni, dałoby się zrobić coś właściwie rudego. Ale to nie to, zdecydowanie nie to.

Trudno mi produkt ostatecznie ocenić, bo sama w sobie henna jest świetna, poza tą jedną drobną kwestią koloru. Wstrzymam się więc od oceny punktowej.

***

Piękna pogoda wróciła ;3

piątek, 9 maja 2014

Miraculum: Pani Walewska Chic, krem-eliksir do rąk i paznokci, recenzja

Na punkcie kremów do rąk można dostać świra.
Jak i ja dostałam, bo pracując w miejscu, gdzie się sporo dość brudzi, i co rusz myjąc dłonie, ciągle mam wrażenie suchości skóry. Co za tym idzie, obawa, że moje dłonie szybko zaczną wyglądać jak u osoby o wiele straszej, motywuje mnie bardzo do działania w tej kwestii.

Miałam chęć i przyjemność wziąć pod lupę produkt z jednej z moich ulubionych serii: Pani Walewska od Miraculum.


Krem-eliksir, cokolwiek by to znaczyło, odmładzająco-nawilżający. Cudna czerwona tubka z charakterystycznym logo, nie do pomylenia, classy. 

Co twierdzi producent?

"Wyjątkowy eliksir polecany do codziennej pielęgnacji dłoni i paznokci. Dzięki formule nawilżającej o działaniu odmładzającym błyskawicznie wygładza i poprawia kondycję suchej skóry. Zawarte w kremie składniki odżywcze regenerują i wygładzają dłonie narażone na szkodliwe czynniki zewnętrzne. Często stosowany wzmacnia paznokcie i zapobiega zadzieraniu się skórek.
Składniki aktywne: betaina, masło shea, olej migdałowy, olej winogronowy, witamin E, d - pantenol.
Wmasować w skórę dłoni i paznokcie po każdym umyciu rąk. "

No proszę, zapobiega zadzieraniu się skórek. Pomyślałam: coś idealnie dla mnie! Jak nie będą się zadzierać, nie będę ich gryzła, i moje palce nabiorą może wreszcie normalnego wyglądu.

Ale co mamy w składzie?


Woda, gliceryna, standardowe nawilżacze. 
Betaina... hmm. Cóż to jest? Betain jest trochę, to cała grupa związków, z niefajną kokamidopropylową na czele. Samo Betaine w składzie trochę mnie dziwi. Ale poszukiwania dały odpowiedź, iż określa się tak najczęściej jedną konkretną, pochodną aminokwasu glicyny. Dodatkowo, ta jedna ma mieć wpływ na syntezę keratyny i wspomagać proces detoksykacji. Miło wiedzieć.

Masło Shea i olej ze słodkich migdałów, olej winogronowy... a więc delikatne natłuszczanie. Nie na tyle, by pozostawić tłustą warstwę na powierzchni skóry, ale jednak.
Witamina E, przeciwutleniacz. D-Panthenol, substancja łagodząca i przyspieszająca gojenie. Ładny komplet.

Co niefajnego tam? No, zawsze coś się znajdzie. Jest taka DMDM Hydantoin - środek konserwujący, tzw uwalniacz formaldehydu (więcej o tych substancjach w osobnej notce pojawi się wkrótce). Ale nie znaczy to, że w kremie będzie zaraz formaldehyd, gdzież by tam. Trzeba tylko patrzeć, jak się krem przechowuje - właściwie standard, ale część osób jest niefrasobliwa pod tym względem, i dziwią się potem, że krem zmienił troszku właściwości.

Dosyć wysoko w składzie jest kompozycja zapachowa - i to da się wyczuć. Ta linia kosmetyków ma swoją bardzo charakterystyczną nutę zapachową, która nie każdemu będzie pasować - niektórym kojarzy się ze starymi ludźmi i mydłem, nie wiedzieć czemu. Ja ją osobiście bardzo lubię... To nutka buduarowa, jak ze starego filmu, z powiewem luksusu, który ciężko uświadczyć w dzisiejszych czasach. Ma swój urok i charakter.

Jak sprawuje się sam krem?



Konsystencję ma nie za gęstą, ale i nie jest wodnisty, można ją określić jako aksamitną. Dobrze się rozsmarowywuje, nie warzy, szybko wchłania, nie pozostawiając tłustej warstwy na skórze, tak, jak się tego spodziewałam. Pierwsze wrażenie? Gładko... bardzo gładko, przy czym wcale nie ma się wrażenia wilgotnej skóry, jak przy niektórych kremach. Nawilżenie dobre, nie bardzo - ale wystarczająco, w przypadku bardziej przesuszonego naskórka trzeba będzie kilka aplikacji, aby poczuć satysfakcjonujący efekt. Na wzmiankę zasługuje miłe uczucie odświeżenia, które utrzymuje się dośc długo od użycia kremu - jest lekko. 
Dość intensywny zapach, dosyć trwały, nie znika zaraz, nie tłumią go inne wonie. 

Moja ocena?

Super. Dobre nawilżanie, nic tłustego, krem odpowiedni do częstego używania. Nie obciąża skóry, odświeża ją i wygładza. Przyjemna, jak na mój gust, nuta zapachowa, aksamitna konsystencja, szybkie wchłanianie się.
Czy kupię go jeszcze? Zdecydowanie tak.

~9/10~

***

Piąąąteczek ;3

Blog zmienił kolorek, uwidziała mi się wiosenna zieleń, złoto było już zbyt monotonne. Chociaz zastanawiam się, czy tło nie powinno być ciemniejsze...

Miłego weekendu! (; 

czwartek, 8 maja 2014

Chemia Urody: SLS

Trochę można się ostatnio o tym związku naczytać. A raczej - że jak dobrze jest, kiedy go nie ma.

Ale for real -co to za diabeł? Poza tym, że strasznie szkodzi? I właściwie jak, dlaczego? Większość osób kojarzy tyle, że szampon bez SLS = dobry szampon. Sprawdźmy to.

Trzeba zacząć od chemii.

SLS, czyli Sodium lauryl sulfate, laurylosiarczan sodowy, ale i SLES, Sodium laureth sulfate, jego eter, są surfraktantami, detergentami - a więc znajdziemy je w znacznej większości środków myjących - żelach pod prysznic, płynach do kąpieli, szamponach... Mają za zadanie wytworzenie piany i rozpuszczenie zalegającej na skórze czy włosach warstwy brudu. Przez część bloggerek są, co mnie zadziwia, zaliczane do silikonów. Nie, z silikonami żaden z nich nie ma nic wspólnego.

SLS to sól sodowa kwasu dodecylosiarkowego. Nie wiemy, co to? Nie musimy wiedzieć. Kwas jak kwas. Wszystko musi z czegoś powstać.

Wzór? C12H25SO4Na. Węgiel, wodór, siarka, tlen, sód. Nic względnie nowego. Jak wygląda taka kombinacja?
Tak:
(Źródło obrazka: Wikipedia)

Jon dodatni, jak widać. Część hydrofilowa i hydrofobowa, wyraźnie środek powierzchniowo-czynny, oraz emulgator. Zastosowanie znajduje w przypadku emulsji typu olej w wodzie, a więc nic natłuszczającego. Srodek dosyć tani i szeroko stosowany. W stanie czystym lepki płyn, niegroźny dla środowiska, całkowicie biodegradowalny.

Gdzie to zło?

Ano, w wysuszaniu. Bardzo skutecznie niweluje warstwę tłuszczu na powierzchni skóry, co daje efekt natychmiastowego przesuszenia i ściągnięcia (tak, jak z mydłem - ale bez zasadowego odczynu naruszającego naturalne pH skóry). Produkty z zawartością tego związku są szczególnie niewskazane więc dla osób z cerą suchą, względnie normalną, ponieważ pogorszą jej stan, aż do podrażnień z zaczerwienieniem i świądem.
Inaczej z tłustymi. Tu zawartość SLS może nawet pomóc w dokładnym oczyszczeniu skóry. Jeśli pamiętać o późniejszym nawilżeniu jej, nie powinno się odczuwać skutków ubocznych. Jeśli nie - przesuszenie skóry tłustej gwarantuje szybką zemstę, i już nie bardzo ważny jest zastosowany środek.
Jak każdy detergent, drażni oczy, więc stanowczo należy unikać kontaktu (i żadne "no more tears", lol).

Włosy i skóra głowy?

Unikanie szamponów z SLS jest wskazane przy problemach z łamliwością i suchością włosów, rozdwojonych końcówkach. Więc i osoby wytrwale farbujące się farbami chemicznymi nie powinny go używać. Pogorszy też problemy z łupieżem. Pomoże za to przy przetłuszczających się włosach i tych bardzo podatnych na obciążanie. Dodatkowo, idealnie sprawdza się do zmywania olejów i innych tłustych środków. Łatwo i całkowicie spłukuje się z powierzchni skóry.

Pewne grupy chcą widzieć w SLS przyczynę powstawania nowotworów i obniżania płodności, oraz poziomu estrogenów u kobiet. Prowadzone badania dowiodły jednak, że nie jest to prawdą, SLS nie ma też działania mutagennego. Skąd się wzięły takie podejrzenia? Otóż SLS było, czy jest, stosowane jako składnik środków podawanych myszom w eksperymentach z nowotworami. Wypatrzono składnik na liście... i pomylono z czymś innym. Łatwo się pomylić, gorzej naprawić, skoro już poszła plotka. Nie dajmy się zwariować ludziom, którzy nie potrafią czytać. Przykład: SLS jest stosowany laboratoryjnie przy izolacji DNA - czy byłoby to możliwe, gdyby w jakikolwiek sposób działał na nie szkodliwie? No właśnie. Byłoby to totalnym absurdem.
Chcemy toksycznego działania SLS? To musimy go zjeść. Na błony śluzowe przełyku zadziała tak, jak na oczy - drażniąco. I gwarantowane niemiłe konsekwencje ze strony żołądka.

Bać się, czy nie?

Uważać. Jeśli ma się powody, jak te wykazane powyżej. Natomiast osobom takim, jak ja - o tłustej cerze, nie polecam jednak unikania go, gdyż może pomóc.

Linki dla chcących wiedzieć więcej (po angielsku - polskie strony dysponują jedynie skróconymi, okrojonymi z ważnych informacji notkami):

Karta charakterystyki SLS
Wiki
Raport toksykologiczny
Pełny opis związku i jego właściwości
International Chemical Safety Card
Fun fact: SLS a nowotwory u zwierząt


środa, 7 maja 2014

Co, jak, i dlaczego tak. Temat składów kosmetyków - trochę obserwacji.

Notka ta jest małym wynikiem przemyśleń pod wpływem blogowych wędrówek.

Wzięłam się za bloga z recenzjami niejako pod wpływem nadmiaru czasu. Sama niekiedy szukam recenzji czegoś, a te blogowe są wcale niezłe, lepsze w moim mniemaniu niż suchy zbiór na wizaż.pl. Why? Bo tam jest to lista opinii zebrana w chaotyczną i mało przejrzystą kupę, co daje co prawda obraz całościowy, z którego można wyciągnąc wcale zgrabną statystykę "tyle działa - tyle nie". Ale... to nie wszystko. Potrzeba czasem trochę więcej. Parę zdjęć, jakieś własne odczucia, z dokładną informacją dlaczego tak, i jaka osoba dany produkt na sobie testowała. Jest to, wbrew pozorom, ważny czynnik - znając rodzaj cery czy włosów i całość pielęgnacji, można wyrobić sobie względne pojęcie o tym, jak zadziała kosmetyk "na mnie". 

Dobra rzecz, która pojawia się coraz częściej, to analiza składu recenzowanego produktu.

Gwoli wyjasnienia: sama się w to nie bawię. Póki co, być może zacznę, jeśli uznam, że mam na to ochotę. Nie  jestem alergiczką i wiem, czego powinnam unikać, czego szukać, i innych kosmetyków po prostu u mnie nie będzie. Z punktu widzenia bloggera jest to bardzo egoistyczne podejście, i przede wszystkim daje pewien niedosyt informacji, co jest do zmiany, ale przyszłość, przyszłość... nie wszystko na raz. Metoda małych kroczków zawsze spoko.

W obrazie już ogólniejszym: moje obie prace dyplomowe dotyczyły szkodliwości kosmetyków, zahaczając mocno o temat wiedzy, co w nich się właściwie znajduje. Analizowałam kawałek po kawałeczku każdy ze składników, pod kątem chemicznych właściwości, wpływu na skórę oraz na całość organizmu, wybierając potem te najczęściej stosowane. Moja praca polegała na początku na zebraniu dostępnych w internecie informacji na ten temat, a następnie weryfikacji ich. Spora część tych informacji to niestety niepotwierdzone badaniami domysły i niesprawdzone teorie. I nie mam na myśli podejrzeń wynikłych z badań na szczurach czy inszych laboratoryjnych pieszczochach - to osobna kwestia. Ale, oczywiście, są i takie, które się potwierdziły, niektóre z tych składników zostały już wykluczone z użycia lub ograniczone. Polecam w tym celu śledzenie zmian na Liście substancji niedozwolonych lub dozwolonych w ograniczonym stopniu do stosowania w kosmetykach. 
Osobną częścią pracy, już magisterskiej, była analiza stanu wiedzy na ten temat. Wtedy, a było to rok temu, w moim ujęciu tematu ta wiedza była niewielka i niewystarczająca. Jeśli ktoś miał świadomość tego, co znajduje się w używanych przez niego kremach i mazidłach, to jedynie osoby, które miały już bądź mają problemy z nadwrażliwością cery, i po prostu muszą pewnych rzeczy unikać. Reszta wiedziała niewiele lub wcale, co więcej, nie bardzo się tematem interesowała. Wspomnę, że chodzi o kobiety głównie w wieku 17-26 lat, uczennice bądź studentki. Wiek, w którym raczej się o siebie bardzo dba. 

Dlatego też, dokładne analizy składów na blogach urodowych tak pozytywnie mnie zaskoczyły. 
Te racjonalne i rzetelne, bo oczywiście nie brak i takich, które serwują notki w stylu "wszystko zła chemia, fuj fuj, nie chce ale muszę". Nie będę pokazywać palcem, bo tym osobom nie powinno się robić reklamy, mimo, że ich blogi są dosyć popularne i prowadzone ładnie.

Do grupy tych godnych polecenia należy między innymi blog Oaza długich włosów. Iv w miły, przystępny sposób odnosi się do składu porduktu nie pod kątem starsznych i szkodliwych, tylko tego, co komu może się przydać. Na pochwałę zasługuje analiza ilościowa składów, producenci kosmetyków lubią się chwalić umieszczaniem w nim czegoś, co faktycznie jest w ilościach znikomych, i właściwie pozostaje bez wpływu. W kwestii włosów ma to szczególne znaczenie, tu nie jest tak łatwo skutecznie zadziałać.
Niekoniecznie mogę za to pochwalić znaną i lubianą Anwen - choć lubię jej recenzje, sam skład, podany "na sucho" niestety jest useless - osoba bez odrobiny wiedzy chemicznej nic nie wyciągnie z listy łacińskich nazw. To samo można przeczytać na opakowaniu bądź stronie producenta, a stwierdzenia "alkohol wysoko na liście składników" brzmią jak teksty dla przedszkolaków. Mam jednak włosomaniaczki za istoty o większej umiejętności pojmowania, a co najmniej chęci do rozwijania się w tej dziedzinie. Ale to tylko jedna uwaga, poza tym teksty Anwen są miłe w odbiorze i przejrzyście pisane.
Jeszcze jeden przykład bloga urodowego, który lubię czytać - Buduar Margotki. I tu wielki plus - skład, przystępne omówienie go, z podaniem prostych i jasnych informacji, jak dana rzecz działa i dlaczego została użyta. Tak też, mam wrażenie, powinno to wyglądać. Ponadto, piękne i starannie wykonane zdjęcia - tej pani za recenzje powinno się płacić. Pełen profesjonalizm.
Takich blogów jest więcej. I przybywają kolejne. Bardziej, mniej znane.

Zapewne powynajduję jeszcze więcej takich godnych polecenia, i pojawią sie na mojej liście czytelniczej, więc zaglądać śmiało...

Cieszy mnie fakt rosnącego zainteresowania sprawą składu używanych produktów... Zwłaszcza, że zachowuje się w tym wszystkim umiar, bez krzyku i dramatów o chemię. Chemię mamy i w naturze, a szkodzi brak rozsądku jedynie. Tego rozsądku zaś z czasem większości z nas przybywa. Oby się to dalej poprawiało (;

***

Maruuuudny dzień, coś niby pada, niby nie, nie wiadomo co ze sobż zrobić. Siedzenie w pracy staje się uciążliwe.
Z rana zostałam pochwalona przez szefa... "Alicja... today beautiful". Cieszą takie rzeczy! 

A, i na mały plusik do nastroju, wczorajszy prezent, odrobinka szczęścia, co prawda nie osobiście znaleziona, ale zawsze to coś (;


wtorek, 6 maja 2014

Farmona Jantar - Szampon z bursztynem. Recenzja

Długo czasu ni chęci nie mieć.
Na usprawiedliwienie powiem tylko, że weekend majowy, spędzony z ukochanym, był cudowny, a jednocześnie tak straszliwie krótki! Czasu zawsze za mało. 
Po otrząśnięciu się z szoku, wywołanego powrotem do rzeczywistości, czas wziąć się za coś pożytecznego.

Do recenzji serii Jantar od Farmony zabierałam się już od jakiegoś czasu. Zakup całego zestawu był, w moim mniemaniu, wyjątkowo korzystny, i ze względu na niską cenę (ok. 20 zł za całość - szampon, mgiełka i wcierka), jak i same produkty. Ale o tym zaraz.



Zacznę od szamponu, recenzje mgiełki i wcierki trochę później.

Wcierkę Jantar zdarzyło mi się już używać. Nieco zrażona efektem ubocznym, jakim było przetłuszczanie się włosów, ale i umocniona w przekonaniu o jej skuteczności, poszukiwałam choćby doraźnego rozwiązania problemu.

Oto i on.


Opis producenta na stronie sklepiku nie mówi wiele, prócz informacji o składzie. 


"Zawiera naturalny wyciąg z bursztynu, kompleks witamin A, E, F oraz Inutec - naturalny prebiotyk - o doskonałych właściowościach kondyzcjonujących. Wyciąg z bursztynu pielęgnuje, wzmacnia i wygładza włosy, równocześnie zapobiega ich przetłuszczaniu. Jako naturalny filtr słoneczny chroni przed szkodliwym działaniem środowiska. Po umyciu włosy stają się jedwabiste, miękkie, lśniące i podatne na układanie."

(Źródło: https://sklep.farmona.pl/)



Z firmą Farmona miałam kontakt na studiach, i miło go wspominam. Jest to marka polska, powstała w Krakowie, i polecana jako ekologiczna, naturalna. Muszę przyznać, że wymagania stawiają sobie wysokie, i ściśle swoich obietnic dotrzymują.

Ale do rzeczy.

Czego oczekiwałam po szamponie?

Przede wszystkim tego, by moje włosy przestały się tak szybko przetłuszczać. Mam typowo tłustą skórę, i w połączeniu z dość ciężką przecież wcierką dawało to efekt niemal natychmiastowego obciążenia - musiałabym włosy myć co rano, a na to nie mam czasu ni chęci. Wolę umyć je wieczorem, a następnie zastosować wcierkę. Docelowo, chciałam uzyskać dwa dni względnej świeżości włosów bez odstawiania odżywki. 
Dodatkowo, nadal próbuję rozwiązac problem plątania się, i trudności z rozczesywaniem. Liczyłam, że szampon i w tym mi choć odrobinę pomoże - albo chociaż nie pogorszy problemu.

Jak długo go używałam?

Miesiąc. Nie dzień w dzień, ponieważ nie biorę go ze sobą, gdy gdzieś jadę. Przez większość czasu.

Czy spełnił oczekiwania?

Tak i nie.
W kwestii przetłuszczania się nastąpiła drobna poprawa. Nie jest to oczekiwany, szalony efekt +1 dnia, ale nadal zauważalny. Szampon ma miły, jakby lekko słodki zapach, który nie trzyma się na włosach, ale to nie jest wada. Włosy są po nim lekkie, puszyste, pod wieczór dnia drugiego już nieco robią wrażenie obiążonych, ale nie wyglądają na tłuste. 
Nie zauważyłam różnic co do rozczesywania, mam wręcz wrażenie, że mój szampon z Syossa sprawdzał się sporo lepiej. Włosy są miękkie, ale szybko tracą ten efekt. Wydają się też bardziej przesuszone na całej długości, a rozdwojone końcówki bardziej widoczne, jeśli ich nie zabezpieczyć olejkiem.

Wady?

Jak już wspomniałam, wysusza. Nie jakoś bardzo bardzo - ale dla osób z problemem odwrotnym do mojego może się to stać dość uciążliwe. Odradzam więc wszystkim "suszkom".
Druga sprawa, wydajność. Krytycznie niska. Szampon bardzo słabo się pieni, na długie włosy trzeba go użyć sporo, żeby dało się je umyć. Przy pojemności butelki 300ml zużywa się bardzo szybko. Jest to standardowa cecha szamponów z Farmony, i zrozumiała, jesli biorąc pod uwagę chęć firmy do używania jedynie naturalnych składników, niemniej jednak trochę irytuje. Na szczęście cena szamponu jest na tyle niska, żeby nie żałowało się zakupu.

Podsumowując:

Czy kupiłabym ponownie? Nie sądzę. Póki co, poszukam lepszego rozwiązania. Produkt ma swoje zalety i wady, ale nie spisuje się aż tak wspaniale, żeby te pierwsze w pełni rekompensowały drugie.

Moja ocena:

4/10


***

Ding ding.

Akcja włosowa przesunięta. Zacznę za około 2 tygodnie, gdyż znalazłam odpowieni do tego olejek, i teraz czekam, aż dostanę go w swoje łapki ;3
Z wielką niecierpliwością czekam!