piątek, 31 października 2014

Z Koszyka Czarownicy: Aloes

I wreszcie post, na który sama długo czekałam!

Jestem już po drugim użyciu własnej roboty maski aloesowej na włosy, i muszę powiedzieć, że wyniki jeszcze lepsze, niż za pierwszym.

Słowem wstępu:

To już trzeci post z mojego ulubionego cyklu, ale ten będzie conieco inny, z dwóch powodów.
Po pierwsze, dlatego, że jest to mój autorski sposób, a po drugie... główny bohater tego odcinka jest powszechnie dostępny, nie na łąkach czy lasach, ale w domach, na parapetach. Aloesy są bowiem powszechnymi i łatwymi w hodowli roślinami doniczkowymi, a więc, jako mały dodatek, dojdzie część na temat gatunków i pielęgnacji rośliny, i, oczywiście, jak ją wykorzystać (;

Ale może na początek coś o samym aloesie.

Właściwie kto jej nie zna... Szeroko stosowane są wyciągi w kosmetykach łagodzących i normalizujących, maściach i kremach przyspieszających gojenie, kojących oparzenia, i jako suplementy diety.

Aloesy to całą grupa roślin, od drzewek do małych roślinek, raczej ciepłolubnych i odpornych na suszę. Mają charakterystyczne, grube, mięsiste liście - świetnie rozwinięty system gromadzenia zapasu wody, jak kaktusy. Taki dziad zniesie wszystko - z doświadczenia wiem, że zostawiony na 2 miesiące w piwnicy, ciemnej i chłodnej, żył i miał się dobrze, może tylko troche mu się wyblakło. Niemniej jednak, jest to chwast idealny dla osób, które zapominają o podlewaniu.

Gatunków jest wiele, najpopularniejsze to aloes zwyczajny, z grubymi, dużymi liśćmi...

(Zdjęcie podkradzione ze swiatkwiatow.pl)

wtorek, 21 października 2014

Avon Care Royal Jelly Hand Cream - recenzja

Jak wspomniałam, skusiłam się ostatnio na kilka kremów... tak, kilka, bo prywatnego bzika trzeba karmić. Przy okazji odświeżyłam znajomość z firmą Avon, która kiedyś była jedną z moich ulubionych w kwestii kosmetyków tanich a przyzwoitej jakości. To było jednak parę lat temu, i z ciekawością wzięłam znowu katalog Avonu, by obadać zmiany. I, muszę przyznać z bólem, że część rzeczy straciła na jakości.

Ale, akurat, nie kremy do rąk.

Ten z serii Royal Jelly wpadł mi w oko już od razu, i korzystając z opcji promocyjnej, zgarnęłam go za niecałe 5 zł - wraz z jeszcze jednym, ale o tym innym razem.

Skusił mnie sam motyw miodowy, jako że przepadam za tą nutą zapachową w kosmetykach, a wszelakie serie mleko-miód i pokrewne przyciągają mnie jak... osę. Cóż.

Zobaczmy.


Opakowania Avonu chyba nigdy nie były szczególnie urodziwe, ot, prostota, fukcjonalność i przekazanie najważniejszych treści. Ale to takie tam czepianie się, w końcu tak czy siak zwróciło moją uwagę. Plasterek miodu na okładce zrobił swoje.

O co chodzi z tym Royal Jelly?

Intensywnie nawilżający krem do rąk z mleczkiem pszczelim. Zapewnia podwójną dawkę nawilżenia. Formuła z mleczkiem pszczelim pomaga zapewnić odpowiedni poziom nawilżenia skóry nawet po wielokrotnym myciu rąk.

sobota, 4 października 2014

Z koszyka Czarownicy: henna. Przemyślenia po 7 miesiącach stosowania i recenzja henny BAQ od Pola Henny

Post hennowy powinnam napisać już dawno temu... 
Różne czynniki w tym przeszkadzały, od braku henny, zdjęć, weny, aż do bardziej skomplikowanych. Ale w końcu udało mi się wziąć do rzeczy, a motywacją była świeża dostawa ziółek, i czysta przyjemność wypróbowania ich po dłuższej przerwie.
W tym poście przede wszystkim chciałabym zawrzeć wszystkie informacje, jakie posiadam na temat farbowania włosów henną. Wiem, że sporo osób się tym interesuje, część ma wątpliwości, część się boi, przez parę niekorzystnych opinii, wreszcie jest te parę osób, które się zniechęciły z powodu niemiłych doświadczeń... z różnych przyczyn. Wyjaśnię więc też, dlaczego może "nie wyjść" i jak się przed tym ustrzec.

Co to jest henna?

Henna, w znaczeniu jakie znamy, to po prostu proszek, który rozrabia się w celu uzyskania barwiącej mazi.  Najpowszechniej określa się tym wiele różnych produktów, które czasem nic wspólnego z henną nie mają, a przejęły tę nazwę niejako zwyczajowo - po pierwszym na przykład środku do farbowania brwi. A więc nazwę "henna" możemy spotkać na czysto chemicznych mieszankach koloryzujących brwi i rzęsy, jest to nazwa myląca, powszechna. Tymczasem, jest to jeden z najstarszych znanych barwników do ciała i włosów (a także tkanin) na świecie, używany w Indiach czy Egipcie.
Właściwa henna to sproszkowane i zmielone liście drzewa Lawsonia bezbronna (Lawsonia inermis). Samo drzewko wygląda tak: 

Zdj. Botanic Guru

No, raczej byłby to krzew, pan Guru nie krzyczy.

Rośnie toto prawie wyłącznie w klimacie równikowym, a na pewno sporo cieplejszym i wilgotniejszym niż nasz, od Indii po Afrykę. Chociaż ostatnimi czasy znalazłam nasiona Lawsonii na allegro, i prowadzę bój z samą sobą, czy by jej nie spróbować do doniczki... Niestety mam już złe doświadczenia z nasionami kupowanymi na allegro. 

środa, 3 września 2014

Restyle's Key to Wonderland - recenzja

Po długim, długim czasie męki i zachwytów, trzeba coś o tym napisać.

Po części dla wyrażenia uczuć, i... dla ostrzeżenia.

Naszyjnik z zawieszką w kształcie klucza wisiał na Restyle i nad moją głową długi czas... niedostępny w sprzedaży. Był tak piękny, pomysłowy, cudowny po prostu, że pokusiłam się o śledzenie przedmiotu... i oto nadeszła chwila, gdy parę - dosłownie - sztuk się pojawiło.

Zwinęłam jeden od razu, nie zważając na liczne głosy w tonie raczej płaczliwym, iż jakość biżuterii restylowej pozostawia nadal wiele do życzenia.

Chciałabym zaznaczyć tu, że byłam w tamtej chwili już w posiadaniu dwóch rzeczy z tegoś sklepiku - nausznicy w kształcie węża i klipsów-skrzydeł. Z obu jestem zadowolona, mimo, że wąż wymagał drobnego reworku.

A więc klucz.

Przesyłka szybka i sprawna, co do tego chyba Restyle nie zawodzi. Napatrzyłam się tych ładnie opakowanych i z bardzo pr0 tekturkami na zdjęciach, tymczasem naszyjnik...


Zmroziło? Mnie tak, Zaraz opowiem, dlaczego.

Troszkę tak se, że tak powiem, wisior w folijce wsićnięty do koperty po prostu, jak błyskotka z gazety, a przecież TEN DESIGN zasługuje na lepsze traktowanie! 

Ta karteczkowa część sama w sobie ładna, ornamenty gustowne i w ogóle jakoś tak trafia do mnie stylistyka ta.


Sam kluczyk to takie niemałe w sumie cudeńko...

poniedziałek, 18 sierpnia 2014

Z koszyka Czarownicy: Skrzyp

Złapałam inspirację do poprowadzenia, obok "Chemii urody", osobnego cyklu.
Będzie on zawierał opis po pierwsze - ziół, których stosowanie ma wpływ na skórę, włosy lub paznokcie (pozytywny lub nie), a po drugie - "naturalnych" składników kosmetyków, czyli wszelakich ekstraktów, które często można znaleźć w składach. Z notek będzie można się dowiedzieć, co to właściwie jest, skąd pochodzi, jak działa, jakie może mieć skutki uboczne i na co uważać, dodając do tego przepisy na różne mieszanki i preparaty. 
Mam nadzieję, że przyda się moja praca włożona w poszukiwanie informacji. Muszę z przykrością przyznać, że do tworzenia tych notek zainspirowały mnie teksty na innych blogach, zwłaszcza młodych dziewczyn, które podają "magiczne" recepty na porost włosów, nie sprawdzając informacji, a często też myląc jedno z drugim. Na upomnienia reagują bardzo negatywnie, chciałabym więc, by mój cykl wyjaśniał wszelkie wątpliwości w tym względzie: tu nie będzie magii i oszustw, pomimo samego tytułu. Tu jest tylko szczerość i fakty - nikt nie obieca wzrostu włosów o x cm na miesiąc, po prostu powie, że w pewnych warunkach może się on przyspieszyć, i jakie warunki trzeba spełnić, ale też - i to ważne - dlaczego może nie zadziałać, albo zadziałać zupełnie inaczej.
Enjoy.

~*~

Odcinek pierwszy: Skrzyp

(Zródło: rosliny-lecznicze.pl)

Mała roślinka, dość powszechna w naszym klimacie, rosnąca na polach i w lasach, czasem dobrze widoczna na poboczach dróg, lubi się też przyplątać na ogródki. Uwielbiałam ją, gdy byłam kilkulatkiem, nazywałam "choinką" i zbierałam do bukietów. 
Do pomylenia ze Skrzypem olbrzymim, który występuje raczej na terenach górzystych i jest pod ścisłą ochroną.

Bardzo charakterystyczna z wyglądu, zielone części pojawiają się pod koniec wiosny i można je spotkać aż do pierwszych śniegów. 

Co w nich takiego dobrego?

Przede wszystkim, skrzypy słyną z dużej zawartości krzemu w całym zielu. Jest go tak dużo, że roślina po przetarciu charakterystycznie "skrzypi", i można nią urazić palce.

A czo to ten krzem?

wtorek, 5 sierpnia 2014

O przypadkiem znalezionych cudach, czyli dwuwarstwowa spódnica od BCK

Dzisiejszy wpis nieco inny niż zwykle, ale...

...niektórzych rzeczy po prostu nie można przmilczeć. 
Jakiś czas temu rozglądałam się na allegro za spódnicą. Miałam w głowie jedynie dość ogólny obraz tego, jak powinna ona wyglądać - ot, midi lub wręcz maxi, czerwona lub czarna. Coś, co by dobrze grało z gorsetem i jakąś ładniejszą bluzeczką, ale nie przesadnie "nieżyciowe" - do włożenia i do pracy, i od święta.

Moją uwagę od razu zwróciła spódnica od Moda BCK. 
Na zdjęciu prezentowała się bosko...

(Źródło zdjęcia: aukcje Moda BCK na allegro)

Interesująca, prawda? 
Asymetryczna, dłuższa z tyłu, dwukolorowa, szyta z koła. Kolory można dowolnie wybrać z palety dostępnej na każdej z aukcji, a wybór jest spory. Ja zdecydowałam się dokładnie na przedstawioną na zdjęciu wyżej.
Cena mnie lekko powstrzymywała (79 zł), ale po paru godzinach męczenia się, kupiłam.

Co otrzymałam? Ano, cudo po prostu.

Ale kto to jest BCK? Ten skrót to nic innego, jak inicjały bardzo utalentowanej i pomysłowej osoby, która tworzy spódniczki, Pani Beaty. Jak okazało się po krótkim kontakcie, jest to osoba przemiła i uprzejma, a także rzetelna i wywiązująca się z terminów.

Ale wróćmy do samej spódniczki. Jak wspomniałam, szyta jest z koła...


Długość z przodu to 50 cm, z tyłu 70. 
Uszyta jest z poliestru, materiał jest raczej grubszy - potęguje to wrażenie fakt, że jest złożona z dwóch warstw, więc raczej nie na letnie, gorące dni, za to wiosna, jesień, chłodniejsze lato, może nawet zima! - w sam raz. 
Materiał ma przyjemną w dotyku, lekko szorstką fakturę... wybaczcie mi brak fachowych pojęć! Po prostu się nie znam, ale mam nadzieję, że uda mi się przekazać najważniejsze fakty w miarę zrozumiale (:
Jest całkowicie matowy, zarówno część wierzchnia, jak i spód. 

Przyjrzyjmy się dokładniej.


Już lekko złożona zaczyna układać się w malownicze fałdy. Co do górnej części...


Nie jest to "biodrówka", przeznaczona jest do zapinania w pasie i specjalnie dopasowywana wymiarami do tego. "Pasek" uszyty starannie, porządnie, żadnych odstających nitek czy zakrzywień materiału. Szerokość tej części to około 5 cm.

 Z tyłu...


Zgrabie i elegancko wszyty zameczek, dyskretnie, niemal niewidoczny po zapięciu. Nie zacina się, chociaż odrobinę trudno chodzi, co jest zasługą materiału, więc całkowicie usprawiedliwione.

Po rozpięciu...


Zapomniała odwrócić zdjęcie. No, ale widać co trzeba.
Pod zameczkiem pasek materału w kolorze czerwonym. 


No, teraz w prawidłową stronę.
Widać, jak starannie dopracowane są detale. 

Spódnica w zamierzeniu ma być do noszenia na "obie strony" - a więc dostajemy tak jakby 2 w 1 (:
Jak wygląda to z drugiej?


Tu mam trochę zastrzeżeń. Wiem, że konstrukcja narzuca pewne ograniczenia, ale w takim układzie bardzo trudno zapiąć spódniczkę. Ponadto, ten sposób zabezpieczenia zamka nie wygląda już tak estetycznie, i trochę się marszczy. Może dałoby się po prostu wszyć zamek dwustronny? Podoba mi się natomiast opcja z czarnym pasem u góry, z wystającą spod spodu czarną wartwą będzie dawać ciekawy efekt, i niwelować nadmiar ostrej czerwieni.


Tu z przodu widoczny szew - po czarnej stronie jest umieszczony z tyłu, więc nie rzuca się tak w oczy, na czerwieni jest bardziej widoczny. 

Niemniej jednak, wersja z czarnym wierzchem pozostaje moją ulubioną.

A jak układa się "na kimś"? Odpowiedź - cudownie.


Przód jesy wyraźnie wyżej, widoczna spod spodu kontrastująca czerwień robi niesamowite wrażenie. Materiał, z racji grubości, jest nieco sztywny, i dzięki temu tworzą się te cudowne fale. Trudno opisać, jak wygląda to przy chodzeniu, i jak miłe wrażenie daje, opływając wręcz nogi.


Spódniczka bardzo elegancka, i uniwersalna, pasuje i do gorsetu, i do prostej, białej bluzki.

Ogółem, jestem zachwycona. Rzadko trafia się coś tak oryginalnego i pięknego, i na pewno nie kupi się tego w sieciówce. Moje drogie, takie cuda tylko na specjalne zamówienie!

Na koniec trochę danych:

Moja spódniczka jest w rozmiarze S, ale na auckach Pani Beaty dostępne są inne rozmiary, kolory i wzory.

Link do sklepu dla osób, które chciałyby się przyjrzeć i zgarnąć podobne cudeńko dla siebie (:

Ode mnie wielki pozytyw i uznanie dla Twórczyni.

Ostatecznie, cała moja "stylizacja", z której pozwoliłam sobie zestawić spódnicę z gorsetem Under Matt od PaperCats i szyfonową bluzką z Fanplusfriend Garden. Butki są całkowicie offbrandowe, kupione za grosze z drugiej ręki. 



piątek, 1 sierpnia 2014

Z mieszanymi uczuciami: Olejek do włosów 8w1 Argan + Keratin od Eveline. Recenzja

W prawie miesiąc od poprzedniego posta udało mi się wreszcie zmobilizować do napisania czegoś nowego. Przeprowadzka do nowego miejsca, gdzie nie ma internetu nie sprzyja systematyczności, trzeba się było na swoim "ułożyć". Ale dosyć zaniedbywania bloga.

W Biedrze jakiś czas temu pojawiła się seria Argan + Keratin od Eveline, na którą skusiłam się w całości, ze względu na niską cenę i pozytywne opinie. Po ponad miesiącu używania wypadałoby coś napisać, a zacznę od produktu, co do którego miałam największe nadzieje, najwięcej się z nim nakombinowałam, a w rezultacie mam co do niego po prostu mieszane uczucia.

Olejek do włosów 8w1.


Buteleczka jak do mgiełki, ładna, elegancka, olejek w środku nie wygląda na olejek - nie jest gęsty. Co o nim mówi producent?

"Technologia Pro-repair 4D gwarantuje natychmiastową poprawę wyglądu i kondycji włosów.
Olejek do włosów 8 w 1 intensywnie regeneruje nawet bardzo zniszczone i przesuszone włosy. Innowacyjna formuła bogata w zaawansowane składniki aktywne, działające w synergii z olejkiem arganowym i płynną keratyną, zapewnia włosom kompleksową pielęgnację od nasady aż po same końce. Skutecznie odbudowuje strukturę włosów uszkodzonych, przesuszonych oraz po zabiegach koloryzacji. Nadaje połysk, eliminuje efekt elektryzowania i puszenia się włosów. Przywraca elastyczność i jedwabistą gładkość. Natychmiast po zastosowaniu włosy stają się lśniące, miękkie w dotyku, łatwo się rozczesują i nie puszą się. Lekka formuła nie obciąża i nie zostawia żadnych osadów we włosach.
Działanie 8 w 1:
- odbudowa włókna włosa,
- nawilżenie i wygładzenie,
- odżywienie i wzmocnienie,
- intensywna regeneracja,
- połysk od nasady aż po same końce włosa,
- miękkie i elastyczne włosy,
- łatwe rozczesywanie i stylizacja.
- ochrona przed szkodliwym działaniem czynników zewnętrznych.
Double Smart 4D Salon COomplex bogaty w olejek arganowy i płynną keratynę naprawia uszkodzenia zarówno na powierzchni włosów, jak i w ich wnętrzu. Wzmacnia i odbudowuje strukturę włosów. Regeneruje, odżywia i głęboko nawilża.
Olejek arganowy regeneruje włosy od wewnątrz i intensywnie wygładza ich strukturę. Wzmacnia i nawilża, nadaje miękkość i elastyczność, chroni przed szkodliwym działaniem czynników zewnętrznych.
Keratyna to podstawowy budulec włosów – odpowiada za ich kondycję i zdrowy wygląd. Keratyna w naturalny sposób odbudowuje strukturę włosów, głęboko odżywia i regeneruje. Wygładza i dodaje blasku.
Olejek łopianowy wzmacnia cebulki włosowe, koi podrażnienia i swędzenie skóry głowy. Odżywia osłabioną i uszkodzoną strukturę włosa, stymuluje porost włosów i hamuje ich wypadanie. Przywraca włosom zdrowy i piękny wygląd.
Witamina A sprzyja odbudowie suchych i zniszczonych włosów, działa przeciwłupieżowo i normalizuje hydrolipidową równowagę skóry głowy. Włosy stają się mocniejsze, bardziej elastyczne i pełne energii."

Dużo tego.

Zajrzyjmy w skład.


Nie ma. 
Został na pudełku. Pudełek nie przechowuję, więc trzeba doszukać w internetach.

C12-15 Alkyl Benzoate, Glycine Soja Oil, Cyclopentasiloxane, Isopropyl Myristate, Mineral Oil, Arctium Lappa Extract, Argania Spinosa Kernel Oil, Hydrolyzed Keratin, PEG-8, Tocopherol, Ascorbyl Palmitate, Ascorbic Acid, Citric Acid, Retinyl Palmitate, Parfum.

Nie ma wiele tych składników, i znaczna większość to faza olejowa - olej sojowy jako baza i arganowy, w połączeniu z tłustym alkilem z początku (który jest także konserwantem, dobra opcja aby uniknąć innych dodatków konserwujących) i olejem mineralnym, czyli parafiną.
Dostajemy też zestaw witamin: A, E i C, oraz jej pochodną, co oznacza dobry zestaw przeciwutleniaczy i filtrów UV.
No i oczywiście - hydrolizat keratyny, z dodatkiem ekstraktu z łopianu (po co?), a całość uzupełnia lekki silikon. 

Skład całkiem przyjemny, marudzenie na temat smartów i dziwnie pisanych kompleksów wygląda bardzo pr0, ale w rzeczywistości to prosta sprawa. Swoją drogą, zadziwiające, że mając tak "naturalne" składniki, producent nie pokusił się o reklamę własnie w tym kierunku.
Zawartość ekstraktu z łopianu totalnie jak pięścią w oko - preparat nie jest w założeniu przeznaczony do olejowania skóry głowy - jak napisano na opakowaniu, "w środkowej części ich długości oraz na końce", więc nijak nie będzie wpływał na porost włosów. Fail.

Jak z zaleceniami do stosowania?
Na 3 sposoby - przed myciem, albo po, na suche bądź mokre włosy.

Sprawdziłam nawet i na więcej.

Pierwszy mój kontakt z nim był radośnie niefrasobliwy - buteleczka z atomizerem...


...ergo, mgiełka! 
Jakie było moje zdziwienie, gdy po spryskaniu włosów zrobiły mi się tłuste strączki. A potem puknęłam się w czoło.
Olejek jest lekki, taki dość "sucho-tłusty", co może mylić. Jednak nadal jest olejkiem.


Raczej bezbarwny, lub lekko żółty, w zapachu nieco migdałowy. Dla mnie pachnie delikatnie i przyjemnie.

Po pierwszej niespodziance, spróbowałam inaczej. I jak?

1. Na mokre włosy, zaraz po umyciu - trzeba uważać z ilością. Jeśli producent chciał, by nakładać go dłońmi (opis), to po co buteleczka ma atomizer? So useless.
Ale nadal go używam. I nie jestem zachwycona efektami. Mała ilość olejku nie daje żadnej różnicy, za to łatwo z nim przesadzić, a wtedy włosy wyglądają tak:


2. Na suche włosy.
Nie. Nie. Nie. Kompletnie nie nadaje się to do używania w ten sposób. Olejek łatwo się "czepia" piór i nie da się go rozprowadzić tak, by nie powstały strąki. Porażka.

3. Przed umyciem.
Tu się sprawdza atomizer i nie trzeba się martwic o ilości, spryskać, przeczesać i... czekać. Od pół godziny w górę, tak polecałabym, i zmyć szamponem. Dopiero teraz pokazuje możliwości - włosy tracą suchość i łamliwość, faktycznie zdają się być odbudowane i wygładzone. Duży plusik za to i łatwość w nakładaniu. Drogi producencie, zostań przy tym jedynie sposobie, a będzie super!

Ale wspomniałam, że sposobów jest więcej.
Jako, że całość jest bogata w naturalne filtry UV, grzech z nich nie skorzystać, a niestety forma kosmetyku na to nie pozwala. Jest za to inna opcja. Otóż wystarczy wziąć mgiełkę do włosów - ja skorzystałam z "Jantara" od Farmony, mgiełki z ekstraktem z bursztynu. Zmieszałam je, dając mniej więcej 3 części mgiełki i jedną olejku, i otrzymałam dwufazowy kosmetyk, który jest wręcz stworzony na lato i ochronę włosów przed nadmiarem słońca. Oczywiście wstrząsnąć przed każdym użyciem.

A efekty?

Po olejowaniu, jak wspomniałam, wzrost nawilżenia. Włosy nie są śliskie, jak po jedwabiu (choć pojawiła się linia Argan + Keratin z dodatkiem własnie jedwabiu również, do wypróbowania kiedyś), robią się lekkie i sypkie. Lubię tę delikatność, nawilżenie bez obciążania, lekką poprawę rozczesywania i zdrowy połysk. 

Ogółem?

Bardzo problematyczny kosmetyk. Trzeba się nieco nakombinować, żeby użyć go bez niemiłych efektów ubocznych, i zachować spory dystans do wskazań producenta. Ze względu na te niedopowiedzenia, albo możne raczej nadmiar entuzjazmu ze strony firmy Eveline, jest tyle osób nim rozczarowanych, a przecież olej nie jest wcale kiepski. Moim zdaniem, reklama poszła w zupełnie niewłaściwym kierunku. Skład jest przyjemny, i zupełnie nie rozumiem kombinowania z kompleksami (chyba że ktoś w Eve je ma...) i technologiyami niewiadomojakimi. To nie profesjonalizm, to pozerstwo, zupełnie niepotrzebnie zniechęcające do wcale dobrego produktu.

Moja ocena: 6/10, ale tylko w formie olejowania przed myciem włosów. Dodatkowo psztyczek w noski ludziom z Evelinki za przesadzone opisy.

środa, 9 lipca 2014

Inebrya Ice Cream dry-T, maska odżywczo-rekonstruująca. Recenzja

Obiecywałam sobie od dłuższego czasu, że napiszę reckę tej maski, ale ciągle było coś pilniejszego. A szkoda, bo ma ona kilka ciekawych właściwości. W końcu, kiedy w słoju niemal pokazało się dno, przestraszyłam się, że przyjdzie mi wywalić puste opakowanie bez wspomnienia o tym, że coś takiego było.

Więc przyszedł właściwy czas.

Na Inebryę trafiłam właściwie przypadkiem, poszukując czegoś w tym stylu, przy okazji zamówienia z Hairstore, gdzie brałam hennę do brwi. A że mają też maski w dużych opakowaniach, a ja akurat potrzebowałabym... khm. 
Nie zachęciły mnie do niej żadne szczególne względy, poza tym, że sprzedawana jest w litrowym słoju za niewielką cenę. Wzięłam pod uwagę słowa "odżywczo-rekonstruująca", aby sprawdzić, jak też "zrekonstruuje" mi moje podniszczone końcówki. I w ogóle.

Całość wygląda tak:



1000 ml, ot, plastikowy baniaczek w kolorze wściekłego oranżu. Wieczko białe, otwór zabezpieczony foliową membraną, która po otwarciu nadal spełnia w pewnym stopniu swoją funkcję, "przyklejając" się na powrót do obrzeży słoja.

Taki słój używam od 4 miesięcy, i dopiero teraz powoli się kończy:


Maska w założeniu jest przeznaczona do włosów suchych i zniszczonych, Jak twierdzi producent:


Według producenta, na załączonej naklejce (która nie zmazała się przez ten czas, cuda!):

Odżywczo-rekonstruująca jedwabna maska do włosów suchych, zniszczonych, z tendencją do splątywania się z wyciągiem z migdałów i proteinami jedwabiu.
Maska o silnym działaniu odżywczym. Posiada właściwości rekonstruujące naruszoną strukturę włosa. Zawartość protein jedwabiu i zbożowych oraz wyciągu z migdałów sprawia, że preparat przywraca włosom optymalny poziom nawilżenia i ułatwia ich rozczesywanie. Włosy są jedwabiście gładkie, miękkie i lśniące. Ma przyjemny bananowy aromat.

W składzie widzimy (nie ma zdjęcia, bo jest tak rozciągnięty na opakowaniu, że po prostu nie da sie tego uchwycić na raz, znowu wpisywane ręcznie):

Aqua, Cetearyl Alcohol, Cetrimonium Chloride, Dipalmitoylethyl Hydroxyethylmonium Methylosulfate, Parfum, Methoxy PEG/PPG-7 /3 Aminopropyl Dimethicone, Benzyl Alcohol, Citric Acid, Propylene Glycol, Hydrolyzed Sweet Almond Protein, Hydrolyzed Wheat Gluten, Hydrolyzed Wheat Protein, C.I. 19140 (FD&C Yellow 5), Methylchloroisothiazolinone, Methylisothiazolinone, Hydrolized Silk.

No i biedny, zachwalany w opisie jedwab wylądował na szarym końcu, daleko nawet za barwnikiem. Cokolwiek frustrujące względem reklamy. 
Poza tym standardy: tłusty alkohol na początku, potem konserwanty i emulgatory. 
Ciekawi mnie, że obok kompozycji zapachowej, w składzie występuje też alkohol benzylowy - który ma zapach pseudo-jaśminowy, poza tym jest też konserwantem. Kwas cytrynowy - niby regulator pH, ale też i substancja złuszczająca i rozjaśniająca - ciekawe, biorąc pod uwagę fakt, że maska jest do włosów suchych i zniszczonych. Wydaje się to być nie najlepszym wyborem, ale może koniecznym, biorąc pod uwagę kolejne składniki.
Hydrolizowane proteiny słodkich migdałów, hydrolizat protein pszenicy x 2 - to te składniki "rekonstruujące". Pszeniczne hydrolizaty zawierają sporo cystyny, która chroni i odbudowuje naturalne wiązania cystynowe w strukturze włosów. Ponadto, ze względu na właściwości, świetnie zastępuje SLS i podobne - zapewnia strukturę i konsysytencję maski, pozwalającą na jej łatwe rozprowadzanie.
Warto jednak zauważyć, że jest tam gluten - osoby z celiakią powinny mieć tu małe, czerwone światełko na pozycji "on".
Oba "Methki" na końcu to stabilizatory i emulgatory. Poza tym, żólty barwnik, i nieszczęsny jedwab.

Całość ma konsystencję niezbyt moim zdaniem typową dla maski - półpłynną, lejącą się, "śliską". Bardzo luźna, łatwo kapie, ale też i dobrze się rozprowadza na włosach.


Kolor ma żółtawy - bananowy? Chyba takie własne było założenie. Całą śliskość można zobaczyć lepiej tu:


Aaand don't think.
Poza tym, że jest śliska, nieco się "klei" - i zostawia na zabrudzonej powierzchni lekko tłustą warstewkę.

Jej "przyjemny, bananowy zapach"  to eufemizm - w zasadzie pierwsze, co uderza przy użyciu maski, to ten krytyczny smród banana. I nie przesadziłam - jest słodki do bólu, dlatego ten produkt określam dotąd jako "skrajnie bananowa maska". Dlatego też nie lubię bardzo używać jej "osobno" - słodki smrodek potrafi się utrzymywać dość długo na włosach.

A jak z efektami?
Maskę używałam na trzy sposoby.

1. Według wskazań producenta. I... marnie. Nie jest lepsza od zwykłych, najtańszych masek z "jedwabiem", a nawet i bez niego. Daje efekt śliskich, lejących się włosów, który utrzymuje się bardzo krótko - tak jakby jedynie oblepiała z zewnątrz włosy, ścierając się z czasem. A po umyciu nie zostaje już kompletnie nic. Ogółem: można. Bo dużo i tanio. Ale nie oczekiwać cudów, ot, taka odżywka, trzeba używać po każdym myciu, żeby utrzymać rezultat ładniejszych włosów. W ten sposób, dałabym raczej 4/10.
2. Hardkorowo, przed umyciem, na suche włosy, pół godziny pod folię i ręcznik. I... nic. Po umyciu nie zostaje ślad po tym, że coś się robiło. Co dowodzi, że działanie maski jest wyłącznie powierzchowne. 0/10. Stracony czas.
3. Do mieszanek. Dołożyć do tego jakieś ziółka, olejki i jest w porządku. Co prawda, nie zawsze nutka bananowa pasuje do całości, ale zazwyczaj poprawia inne smrodki, zwłaszcza te drożdżowe czy olejowe. I tylko tak da się chyba tego banana wytrzymać, natomiast konsystencja maski daje łatwiejsze rozprowadzanie całości na włosach i bardzo ułatwia jej zmywanie, nie osłabiając działania. W ten sposób sama maska działa jak baza do maski. (Co jest nieco smutne, ale pożyteczne) I tutaj byłoby 7/10.

Średnio byłoby jakieś 3,67/10, niemniej jednak ponownie nie kupię tej właśnie maski, bo... zapach. Naprawdę go nie lubi mój nos, który zazwyczaj w słodyczach znajduje upodobanie.

Dla chętnych jednak: maskę można kupić na przykład TU. Nie opłaca się szukać mniejszych opakowań, ponieważ zazwyczaj za 50% tej obiętości sprzedawcy rzucają tą samą cenę, co za litrową bańkę na Hairstore.

Wielbicielom skrajności polecam d;

piątek, 4 lipca 2014

Maska drożdżowa - wielki powrót.

Po paru miesiącach stosowania na skórę głowy li i jedynie Jantara, postanowiłam wrócić na jakiś czas do maski drożdżowej.

Drożdże polecane są ogólnie, do picia, jako środek poprawiający stan skóry, zmniejszający wypadanie włosów i poprawiający ich wzrost. Niestety, nie jestem w stanie znieść ich smaku. Po prostu nie mogę i już. Wynalazłam kiedyś, na którymś z blogów przepis na maskę, i trochę go zmodyfikowałam.

Maska taka kładziona jest jedynie na skórę głowy, nie ma potrzeby nakładania jej na całą długość włosów. Szczególną uwagę powinno się zwracać na zakola, zwłaszcza osoby, które mają z nimi większy problem. Ja, z wysokim czołem, czuję się całkiem jak członek tej grupy. Przy poprzednim stosowaniu znacząco zredukowane zostało u mnie wypadanie włosów - w bardzo widoczny sposób. Niestety, wróciło ono do "normy" po zaprzestaniu nakładania maski na korzyść wcierek. Ponadto, te nowe, maleńkie włoski... chciałabym je zobaczyć znowu. Cudownie jest widzieć tak wyraźny efekt starań.

Maska jest średnio miła w stosowaniu. Po jakimś czasie, nawet mimo upodobań, zaczyna się mocno odczuwać zapach drożdży jako nieprzyjemny, zwłaszcza, że potrafi się on utrzymywać dość długo. Ale i na to jest sposób...

A więc, zacznijmy od przepisu:

* pół kostki drożdży (zwykłych, sklepowych)
* mleko lub śmietana - ja daję ok. 3 łyżeczek śmietany, dzięki temu maska ma bardzo kremową i lekką konsystencję, z mlekiem łatwo przesadzić, i albo wyjdzie płynna, albo da się za mało i będzie ciągutka;
* olej rycynowy. Łyżeczka lub dwie. Mi się niestety skończył, więc musiałam zastąpić go innym - wzięłam olejek z Bani Agafii, który ma podobno działać na porost włosów (włosopędnie? ;D), nie jest jednak przeznaczony do takich mieszanek, więc zdecydowanie wolałabym rycynowy. Można też użyć inny, najlepiej czysty olej.
* dowolna maska do włosów. Najlepiej sprawdzają się te sprzedawane za grosze w dużych opakowaniach, bo nie mają jakiegoś szalenie dobrego działania, za to spokojnie można nimi zwiększyć objętość mieszanki i trochę poprawić jej zapach. Ja użyłam Inebrya Ice Cream dry-t, która ma jedną wadęzaletę - mocno bananowy, słodki do bólu zapach, który z drożdżami świetnie się komponuje, dając przyjemną, delikatnie słodką nutę. Recenzja samej maski pojawi się niedługo.

Przyda się łyżeczka, jakiś pojemniczek i pędzel, taki jak do nakładania farby, plastikowy.

A wygląda to tak:


Drożdże rozdrobione, 3 łyżeczki gęstej śmietany. To do wymieszania razem, aż zrobi się kremowa paciaja.


Trzeba było się przenieść do łazienki. Drożdż (nazwa przeinaczona swobodnie przeze mnie, lubię) jeszcze w trakcie mieszania, po prawej skrajnie bananowa maska, po lewo olej do masażu skóry głowy z Bani Agafii. 

Całość, gotowa, wygląda tak:


Jest kremowa, dość luźna, więc może z pędzelka spadać. Nakładamy ją na skórę głowy metodą przedziałkową, tak, jak farbuje się odrosty: przedziałek, wyciapać maską używając pędzla (kawałek długości włosów niech też się załapie), przedziałek obok, nakładanie itd... Jeśli coś zostanie, można też "przemalować" końcówki włosów.
Ja przy nakładaniu maski maziam nią też kawałek skóry od linii włosów i zakola, w ten sposób:


Aaaawrr, piegowate czoło...

W  ten sposób można się rzeczonych zakoli pozbyć. Warunkiem tego jest częste stosowanie maski: najlepiej przed każdym myciem włosów.

Bo też i tak własnie ją używam: na suche włosy, przed myciem.

Na głowę należy nałożyć foliowy czepek (z braku -  po prostu jednorazówkę z marketu) i owinąć ją ręcznikiem. Maska nie wyschnie, a efekt okluzyjny zapewni jej lepsze działanie.
Zostawiamy ją na ok. pół godziny. Myślę, że nie ma sensu dłużej.

Zmywa się dość łatwo, ale trzeba to zrobić starannie, by nic we włosach nie zostało... takie resztki maski potrafią skutecznie uprzykrzyć życie. Po przepłukaniu najlepiej po prostu umyć głowę szamponem, odżywka już nie jest potrzebna. 

Włosy w trakcie mycia i po nim, jeszcze mokre, mogą robić wrażenie "opornych" - nieco sztywnych i szorstkich. Jest to złudny efekt, bo po wyschnięciu są niesamowicie miękkie, i da się odczuć pewną wiekszą odporność, choć trudno mi wyjaśnić, na czym właściwie zjawisko to polega.

Efekty zmniejszonego wypadania włosów widoczne są dość szybko, do tygodnia czasu, pod warunkiem, że maska jest używana przed każdym myciem. Dodatkowo, po paru tygodniach - tu czas jest różny, ale zazwyczaj jest to 3-5 tygodni, uwidaczniają się młode, nowe włoski - zwane baby hair. W ich pojawianiu się nie ma żadnej magii, to po prostu rezultat szturchnięcia do działania istniejących już cebulek włosowych. Tu chciałabym dodać, że szkoda byłoby je traktować chemią farb, która początkową delikatną strukturę może po prostu wykosić... i najlepsza będzie henna, pogrubiająca je nieco i działająca ochronnie.

Ogółem maskę całym sercem polecam - To sposób, który mnie totalnie zdobył, a jestem mocno sceptyczna. Maska jest tania - składniki są po prostu "domowe" - dość wydajna, nie bardzo "upierdliwa" w stosowaniu i... daje efekty.

Trochę uwag: uwaga, alergicy, osoby z nietolerancją laktozy i te, które ogółem źle reagują na drożdże - bo to się zdarza. Czasem maski drożdżowe pogarszają stan cery, i mogą to samo zobić ze skórą głowy, więc jeśli zaobserwujesz u siebie swędzenie, czy nasilenie trądziku (bądź jego pojawienie się), to po pierwsze - upewnij się, że dobrze spłukujesz maskę, a po drugie - przestań ją używać na jakiś czas. Jeśli problemy miną, to znaczy, że drożdże po prostu nie są dla Ciebie.

Drobna uwaga do osób, które traktują drożdże jak "pasożyta" - drożdż piekarniczy totalnie nie jest szczepem patogennym. Nie trzeba go parzyć gorącą wodą przed użyciem, ani na skórę, ani do picia - nie urośnie w brzuchu ani na skórze. Wręcz przeciwnie - Saccharomyces cerevisiae wykazują wręcz właściwości ochronne przed innymi infekcjami grzybicznymi - na przykład przed Aspergillusem, który potrafi bardzo uprzykrzyć życie osobom z obniżoną odpornością, czy różnymi pleśniami, poprawia mechanizmy obronne, a produkowane przez nie enzymy i inne, mogące działać jak antybiotyki, substancje, hamują wzrost i rozwój patogennej mikroflory.
Trochę na ten temat do poczytania TU i TU. Bardzo polecam.

Więc - bez strachu! 

~*~

Rozpisałam się... ale cóż, po prostu musiałam to przekazać dalej! ;D
To zdecydowanie ulubiona moja "samoróbka".

Pytania? Śmiało.

A tymczasem... piątkowe lenistwo (;

piątek, 27 czerwca 2014

Clarena, Sensual Hand Cream - recenzja

Kolejny krem do rąk, tym razem z (jeszcze) majowego pudełka ShinyBox*.
Dotarł do mnie w formie próbki, która jest jednak w postaci małej (30 ml) tubki, a nie saszetki, więc wystarcza na dłuższy czas - mam go od miesiąca i nie zużyłam nawet połowy (po prawdzie dlatego, że kremów do rąk używam różnych, nie jednego ciągle).

Produkty Clareny ogółem lubię, moja skóra reaguje na nie dobrze, nawet na te z serii gabinetowej, z którymi miałam kontakt głównie na studiach i praktykach.

Krem do rąk z dzisiejszej recenzji zawiera się w kategorii "Profesjonalna pielęgnacja domowa", więc to nic, czego można by się obawiać. Występuje jako jedyny produkt w Sensual Hand Line (było jeszcze kiedyś mleczko, zdaje się), obok linii Portulacia, z ekstraktami z zawartej w nazwie roślinki (krem i maska-serum).

Popatrzmy.


Design opakowania typowy dla Clareny. 

W języku polskim przetłumaczono nazwę jako "Sensualny krem do rąk".
Wait... jaki??
Niby słowo takie jak "sensualny" występuje już w słowniku języka polskiego, to nadal jest to wyjątkowo kulawy zamiennik naszego "zmysłowy". (Co i tak nie brzmi zbyt dobrze.)

Druga strona opakowania:


Według producenta:

"Krem przeznaczony do intensywnej kuracji zniszczonych dłoni i paznokci, zawiera TEGO SMOOTH o działaniu wygładzającym i ochronnym. Redukuje on szorstkość skóry wspomagając proces złuszczania, podnosi poziom nawilżenia. Alantoina i pantenol łagodzą podrażnienia i stymulują regenerację, a masło shea zapewnia odpowiednie natłuszczenie. Witamina C zamknięta w metasomach wspomaga odmładzanie skóry, działa antyrodnikowo zapobiegając procesom starzenia. Ciepły, zmysłowy zapach i delikatna konsystencja uprzyjemniają aplikację. Produkt sformułowany bez PEG, parabenów, silikonów, oleju parafinowego.

Krem wcierać w skórę dłoni i paznokcie po każdym myciu rąk. "

Witamina C zamknięta w czym?? Google nie zna takiego słowa. Ja też go nie znam.
Tak że ten tego.

Skład (wpisuję ręcznie bo nie można go odnaleźć!):
Aqua/water, Myristyl myristate, Stearic Acid, Caprylic/Capric triglyceride, Ceteareth-20, Glycerin, Talc, Cetearyl alcohol,  Polyglutamic acid, Hydrolized sclerotium gum, Betaine, Urea, Potassium Lactate, Panthenol, Allantoin, Butyrospermum Parkii (Shea butter), Ethylhexyl palmitate, Petrolatum, Polyethelene, Ascorbic Acid,  Ethylhexyl methoxycinnamate, BHT, Hydroxyethyl acrylate, Sodium acryloyldimethyl taurate copolymer, Triethanolamine, Methylchloroizothiasolinone, Methylisothiazolinone, Parfum, Citral, Benzyl Salicytate, Coumarin, Buthylphenyl methylpropional, Citronellol, D-limonene, Iron Oxides, C.I.19140.

Uff, to bardzo dużo składników, a wiele z nich widzę pierwszy raz w kremie do rąk. Przyjrzyjmy się temu nagromadzeniu.
Myristyl to emolient, środek, który ma zapewnić kremowi konsystencję i łatwość smarowania. Dalej rzuca się w oczy kilka kwasów - stearynowy, poliglutaminowy, a nawet i mocznik oraz witamina C. Kwas stearynowy nie straszy, to substancja tłusta. Kwas poliglutaminowy, PGA, to tak zwany "kolagen roślinny" - produkt fermentacji, ma działanie podobne do hialuronowego. Mocznik (Urea) i witamina C (Ascorbic Acid) dają efekt poprawy odporności skóry na czynniki zewnątrzne, w tym bakteryjne, i zakwaszają ją.
Hydrolized sclerotium gum - to właśnie jest wspomniane wcześniej TEGO (teges - nie mogę się powtrzymać, to głupia nazwa). Naturalny polimer, ma działać wygładzająco i również poprawiać odporność, i zostawiać na powierzchni skóry warstwę ochronną.
Potassium lactate to konserwant - mleczan potasu, poza tym reguluje kwasowość. Drobna uwaga dotyczy tu osób z problemami z tolerancją laktozy - trzeba sprawdzić przed zastosowaniem, czy czasem krzywdy nie zrobi.
Ethylhexyl palmitate, kolejny emolient, tłusty. Jest jeszcze jeden Ethylxexyl, ale methoxycinnamate - ale nie należy mylić jednego z drugim, ten drugi to substancja promieniochronna - filtr UV. Dzięki niemu krem nie rozłoży nam się na dziwne czynniki pierwsze pod wpływem słońca.
Petrolatum - czyli wazelina, najpospolitsza z pochodnych ropy naftowej. Polyethylene - "coś", co ma poprawiać lepkość fazy olejowej w kremie. Sam w sobie nie jest niczym groźnym.
BHT - ten skrót może straszyć. Butylohydroksytoluen - jeszcze groźniej brzmi, a to nic strasznego. Przeciwutleniacz. Reszta to konserwanty lub składniki, mające na celu utworzenie na skórze ochronnego filmu.
Najbardziej mnie zdziwił wymieniony prawie na końcu tlenek żelaza. To matowy, czerwony barwnik, natomiast ten ostatni, wymieniony z numeru jedynie, jest cytrynowożółty. Można było się spokojnie bez nich obejść.

Wybaczcie mi proszę tę długą analizę. Skład zawiera wiele konserwantów i środków stabilizujących, tak wiele różnorodnych, że aż mnie to zastanowiło. Jednak tłumaczy to zawartość składników aktywnych  - kwasów i substancji wygładzających - wymagają wsparcia, aby nie traciły szybko właściwości, nie zadziałały za mocno i nie wywołały efektu szybkiej utraty nawilżenia.

Krem ma konsystencję o średniej gęstości, nie tak zwartą i kremową jak lubię, ale i nie jest jakoś bardzo rzadki. Kolor jest wyraźnie żółtawy (dlaczego? biały byłby niefajny?).


Zapach kremu jest dość specyficzny - i niezbyt lubiany, zdaje się. Nie jest on na pewno "ciepły i zmysłowy" - w moim odczuciu jest za to nieco kwaśny, ale nie w roślinny sposób - to raczej chemiczna kwasota. Mocznik? Jest za to bardzo odświeżający, i nie uważam go za nieprzyjemny. Nie utrzumuje się on na skórze długo, chwilę po smarowaniu już się go nie czuje.

Z założenia ma bardzo wygładzić skórę, nieco ją wręcz złuszczając. Producent w innej wersji poleca smarowanie grubą warstwą na noc i zakładanie rękawiczek - materiałowe są dołączane gratis do wersji pełnowymiarowej. Ja jednak odradzam takie działanie - konsystencja kremu nie pozwala na tak niefrasobliwy użytek. Przede wszystkim, w skórę wchłania się on powoli - ma działać powierzchownie. Z tego powodu, w materiałowe rękawiczki po prostu wsiąknie - i tyle z frajdy. Moim zdaniem, najlepiej byłoby zastosować go w kombinacji z parafinowym zabiegiem na dłonie - dodatkowa warstwa okluzyjna w postaci ciepłej parafiny i folii zapewni maksymalne wykorzystanie jego możliwości.

Ja jednak nie miałam okazji wypróbować parafinki, więc przetestowałam dwa sposoby - zwykłe smarowanie i rękawiczki. Nawet jednorazowe użycie go daje zauważalny efekt wygłądzenia, chociaz nie utrzymuje się on zbyt długo. Nie mam za to wcale jakiegoś szalonego nawilżenia, w tej kwestii działa raczej słabo. Działanie w rękawiczkach jest podobne, z tym, że się po prostu traci sporą ilość preparatu. Mam nadzieję, że dane mi będzie wypróbować i ten trzeci sposób.

Co do poprawy odporności, trudno mi to ocenić - mam dość grubą i odporną skórę, więc jeśli pomoże utrzymać z czasem ten stan, to będę bardzo zadowolona. Ze względu na złuszczanie i wspomaganie odporności można, myślę, zaryzykować stwierdzenie, że krem ma odmłodzić skórę i zapobiegać procesom starzenia się - to jest bardzo trafne, szkoda tylko , że bardziej skupiono się na "sensualności" - i prawie się poległo, przez zapach i konsystencję - jest po prostu taka sobie, a nie "delikatna". Po takim określeniu oczekuje się jednak czegoć więcej, niż niemal lejącego się produktu.
 Za to wygładzanie bardzo zacne. 

Pokuszę się o jeszcze jeden strzał w opis: "bez silikonów i oleju parafinowego". No dobrze, ale za to jest wazelina. To właściwie chwyt marketingowy, ponieważ pochodne ropy naftowej w kremie się znajdują, ale nie te dwa wymienione w opisie. Very clever.


Ogólna ocena?

6/10

Dlaczego tylko tyle? Ponieważ uważam, że spokojnie możnaby zamiast krem użyć słowa "maska", i byłoby po sprawie. Krem ten o wiele lepiej spisuje się w przypadku stosowania bardziej zaawansowanego, niż w codziennym smarowaniu.

Polecam pod folię i grubą rękawiczkę - ale nie zapomnieć o folii! - za to na codzień, do nawilżania, jednak typowo nawilżające kremy sprawią się lepiej.

Myślę, że kupię go, gdy próbka się skończy, do intensywniejszej pielęgnacji dłoni będzie jak znalazł. Kosztuje około 25 zł za 100 ml, i ta cena, jak na maskę - jest w sam raz ;D

***

*Co do ShinyBox - w związku z usuwaniem/ukrywaniem przez nich na fanpage'u facebookowym moich krytycznych komentarzy w związku z produktami Marion - a komentarze w pełni zasłużone, jako że żaden z próbowanych przeze mnie ich produktów nie dał choćby znośnego efektu, a sama firma produkuje kosmetyki tanie i raczej podrzędnej jakości - zrezygnowałam z pokazywania i oceniania samego pudełka. Utrzymuję jednak nadal moją subskrypcję na nie.

środa, 25 czerwca 2014

5 największych błędów popełnianych przez blogerki urodowe

Od przypadku do przypadku przeglądam blogi, których właścicielki zajmują się recenzowaniem kosmetyków. Mam oczywiście kilka takich, do których wracam regularnie, ze względu na ciekawy sposób pisania i komplet niezbędnych informacji zamieszczenych tam, a listę tych blogów można zobaczyć obok... zapewne powiększy się ona jeszcze.

Blogów typowo urodowych jest coraz więcej, sama dołączyłam do tego grona niejako z nadmiaru wolnego czasu, ale i z chęci podzielenia się własną wiedzą - jeśli się ona komuś przyda, to tym większa radość. 

Za pisanie biorą się osoby coraz młodsze, i nie jest to niczym złym, zwłaszcza, że same też sporo się dowiadują.

Uważam osobiście, że tego typu stronki odwalają kawał dobrej roboty. Kompletne, subiektywne recenzje pisane przez osoby, które dane produkty przetestowały na sobie i mogę wiele na ten temat powiedzieć, są o wiele więcej warte przy wahaniach w doborze kosmetyków dla siebie, niż hasła producentów, a nawet i opinie pisane na ich stronie - niestety nierzadko te są nierzetelne i pisane pod jeden, pochlebny schemat. Nie wspomnę już o kasowaniu negatywnych. Chciałabym mieć dostęp do takiego zbiorku informacji, gdy byłam w wieku nastoletnim i miałam problemy z trądzikiem, uniknęłabym wielu błędów, z których skutkami walczę do dziś. Niestety, musiałam działać metodą prób i (najczęściej) błędów, opierając się na opinii niezbyt zorientowanej w temacie osoby starszej daty oraz asortymencie miejscowych, wiejskich sklepików. To się musiało źle skończyć dla kogoś z "trudną" skórą. Moim ratunkiem były studia - ukończona kosmetologia, właściwie poprowadzona pielęgnacja i możliwość wypróbowania na sobie wielu, nerzadko bardzo drogich zabiegów i kosmetyków, przyniosły wielką poprawę, i, co ważniejsze, świadomość co jest dla mnie dobre, a czego powinnam unikać, i nie tylko we własnym zakresie. Ale nie każdy chce i może się na takie studia załapać, więc pozostaje szukanie informacji w internecie. 

Co, jak się okazuje, ma nie tylko zalety. Blogi urodowe mają szerokie grono odbiorców (lub odbiorczyń), co skutkuje tym, że każda podana tam informacja zostanie wchłonięta i utrwalona. Zapoznajmy się może z paroma rzeczami, na które należy zwracać uwagę.

1. Skład kosmetyku.

Blogerki lubią bawić się w analizy tego, co jest na odwrotach produktów. Niestety, spora część nie ma pojęcia, co oznaczaja nazwy wypisane tam, i jak się ma stosunek ich ilości do rodzajów. Z blogów innych wyniosły parę określeń, i je stosują, co daje im pewne wrażenie "znania się na rzeczy", niestety nie zastępuje wiedzy. A wystarczy odrobina chęci i czasu poświęconego na poszukanie informacji.
A więc, wymieniają to, co jest najwyżej w składzie - na tym kończą. Alkohol wysoko w składzie, więc produkt bardzo wysusza... tymczasem jest to nie etanol, a alkohol cetylowy, co jest kompletnie inną sprawą! Szybko wyciągnięty błędny wniosek, informacja przekazana dalej, grono osób "oszukanych".
Dziewczyny! Sprawdzajcie to, o czym piszecie. Nie przekazujcie nieprawdziwych informacji tylko dlatego, że "wydaje wam się"!

2. Receptury własne.

A najczęściej znalezione w internecie. Na rozjaśnianie twarzy, włosów, wymywanie barwnika sodą (!), wybielanie zębów domowymi metodami, robienie własnych kosmetyków ze składników dostępnych ogólnie lub w aptekach.
Boli. Dlaczego? Bo spora część z tych rzeczy ma silne działanie, o czym część blogerek nie wie lub szybko o tym zapomina, zachwycona nową, popularną notką. Ta część dotyczy zwłaszcza nastolatek, one najbardziej skłonne są próbować wszelkie desperackie, "cudowne" metody. Autorki notek nie sprawdzają informacji, nie dodają ostrzeżeń. Pół biedy, jeśli coś po prostu nie zadziała. Sodą można zniszczyć sobie skórę, przepalić włosy (a barwnik nie zniknie), domowe wybielanie zębów niszczy kompletnie szkliwo. Skończyć się może nawet cięższymi uszkodzeniami i silnymi reakcjami alergicznymi. Kto wtedy winien? Czyżby blogerka?

Uważajcie, proszę... Jeśli zaszkodziecie sobie lub komuś, nie będzie na kogo zrzucić winy, nikt z tego nikogo nie rozliczy, tu nie ma mocy prawnej, ale czy chcecie mieć sa sumieniu czyjąś krzywdę? Osoba pokrzywdzona może bardzo popsuć wizerunek piszącej.  
Czytelniczki... Robiłyście to na własne ryzyko, biorąc info od osoby, która tego sama na sobie nie wypróbowała, po prostu skopiowała tekst z jakiejś dziwnej strony internetowej. Jeśli widzicie jakiś wątpliwy sposób, podany radośnie i bez ostrzeżeń o możliwych skutkach ubocznych, nie próbujcie tego bez doczytania na ten temat.

Najistotniejsze kwestie za nami... można przejść do lżejszych "grzeszków".

3. Niekompletne/ubogie teksty.

Zmora początkujących. Jeśli się nie znamy, nie musimy bawić sie w analizowanie składu, ale dość często obserwuję braki w samych recenzjach. Jest opis produktu - zazwyczaj oparty w całości na tym, co napisał na opakowaniu producent - i parę słów od siebie. Ale są to słowa w stylu "na mnie zadziałał dobrze", albo "fajny". A to jest o wiele za mało... 
Miałaś coś w rękach, wypróbowałaś? Opisz to dokładnie. Uwzględnij kolor, zapach, konsystencję, czas wchłaniania, zalecenia do stosowania, wszystko, co Ci przyjdzie do głowy - nigdy nie wiesz, jakie informacje się przydadzą. Kiedy podajesz własną ocenę, określ, jak dokładnie zadziałało to na Ciebie - czy produkt dobrze się wchłonął, jak się rozprowadzał czy zmywał (nie zapomnij podać informacji o swojej cerze czy włosach, na inne zadziała inaczej!), jakie wrażenia masz po zastosowaniu, czy zapach jest przyjemny i jak długo się utrzymuje, przez jaki czas kosmetyk działa. Nigdy nie pisz recenzji już po pierwszym zastosowaniu produktu!

4. Zdjęcia.

Bardzo ważna część recenzji. Większość ludzi to wzrokowcy, a nawet jeśli nie, to względy estetyczne każą nam zwracac uwagę na wygląd danej rzeczy, i na podstawie tego oceniamy, czy coś jest warte naszej uwagi. Kosmetyk powinien być pokazany z każdej strony - ale nie tylko opakowanie. Pojemniczek to coś, co każdy może zobaczyć na półce sklepowej. Konieczne jest włożenie większego wysiłku - pokazanie jak rzecz wygląda w środku - jeśli da się go otworzyć, jeśli się nie da, można wycisnąć odrobinę na dłoń czy inną powierzchnię. Ot dlatego, że miło mieć coś na poparcie własnych słów.
Jeśli rzecz dotyczy środków działających silniej - najlepiej pokazać to w formie "przed i po" - takie rzeczy powinny dawać widoczny efekt. 

Inna kwestia to jakość zdjęć. Nie każdy dysponuje dobrym aparatem, wiem, ja również go nie posiadam. W takim razie telefon zrobi, co może, ale też trzeba trochę zadbać o oprawę. Zdjęcia róbmy w pogodny dzień, w miejscu dobrze nasłonecznionym, ale bez rażącego światła, aby nic nie przekłamało kolorów i nie robiło brzydkiego wrażenia. Jeśli nie da się danego dnia zrobić dobrego zdjęcia - poczekajmy na inny. Naprawdę warto włożyć w notkę odrobinę wysiłku i pokazać coś fajnie, zamiast szybko i na odwal. Nie ucieknie, a na jakości skorzystają wszyscy. 
Co do zdjęć makijaży, obowiązuje zasada, że kolory zawsze będą nieco przekłamane - aparaty nie łapią intensywności dokładnie, więc jaskrawy błękit wyjdzie... "zwykło". Konieczne jest tu po prostu zastosowanie małej sztuczki - nałożenie koloru tak, by był mocniejszy niż oczekiwany efekt. 

No i - zadbajmy o sam produkt. Niech nie będzie brudny, sponiewierany itd - jest używany, to wiadomo, ale przetarcie z wierzchu nie zajmuje wiele czasu. Staranność procentuje później. 

I na koniec - obróbka zdjęć. Photoshop pomaga tam, gdzie aparat nie dał rady, ale nie przesadzajmy z nim, aby zdjęcie nie traciło na realiźmie. Nie przesadzajmy z intensywnością kolorów, nie dodawajmy za dużo "ozdobników", a już na pewno nie retuszujmy! Łatwo w ten sposób stracić wiarygodność. 

5. Kradzież.

Mocne słowo, a chodzi o prostą sprawę. Nie wspomnę nawet o kopiowaniu cudzych tekstów, choć i to się zdarza. Głównie rzecz dotyczy zdjęć. I to ogromny ból - każde zdjęcie z internetu ma swojego autora i włożono w nie sporo pracy, by dobrze wyglądało. Jeśli umieszczasz je na swoim blogu, napisz, skąd zostało wzięte. Łamanie praw autorskich to już poważna sprawa. Większość wie, jak paskudnie są traktowane przypadki takiego "podbierania" zdjęć jednej blogerce przez inną. Zdjęcia z internetu (za wyjątkiem tych oznaczonych jako "free to use" - ale to trzeba sprawdzić!) już są chronione prawnie.

Część osób oznacza swoje fotki "znakami wodnymi" - ja też to robię. Nie gwarantuje to całkowitego bezpieczeństwa, ale próby niewprawnego usuwania takich rzeczy pozostawiają ślad - na tyle, że widać wyraźnie, że coś jest ze zdjęciem nie tak.

To samo dotyczy informacji. Wiesz to skądś? Podaj źródło. Choćby dla osób, które chciałyby doczytać więcej. Osoby, którym zdarzyło się pisać coś "na poważnie" wiedzą dobrze, o co chodzi.

Dlaczego? Jedno słowo: wiarygodność. Wiesz, co robisz, znasz temat, bierzesz informacje z wiarygodnego źródła a zdjęcia są Twojego autorstwa. Można zaufać Twojej opinii. 
Nie kradnij. 


Tyle moich przemyśleń. Nie traktujcie tego proszę jako "hejt" - sama robię jeszcze wiele błędów. Ale po to to jest, aby każdy mógł ocenić swoją działalność i poprawić niedociągnięcia. Nie podaję konkretnych przykładów, każdy wie, co pisze i jak. 

Zostawiam rzecz do własnych przemyśleń.

niedziela, 15 czerwca 2014

Rose Brown od Pola Henny: ziołowa mieszanka koloryzująca. Test

Wielki dzień, jestem już po próbie mieszanki ziołowej od Pola Henny, i mam zaszczyt i przyjemność przedstawić rezultat (:

Ziółka otrzymałam od pani Urszuli do wypróbowania mieszanki od nowego producenta, z dostępnych odcieni dostał mi się Różany Brąz - jako, że prosiłam o coś ciemniejszego od mojej standardowej hennowej miedzi. 

Zacznijmy może od stanu "przed" - włosy farbowane henną, czasem mieszaną z neemem, od około 4-5 miesięcy, na dzień testu ostatnia koloryzacja miała miejsce 1,5 miesiąca temu, więc miałam niewielki, nieco jaśjniejszy odrost. 



Tak prezentował się kolor moich włosów w pochmurny dzień, a więc zdjęcia nie ukazują pełni koloru. Tu jeszcze jedno, wcześniejsze, za to przy pełnym oswietleniu:


Z nieco bojowym nastawieniem i pełna nadziei (z lekką domieszką niepokoju), przystąpiłam do wielkiej próby.

Paczuszka ziółek, które do mnie dotarły pocztą, prezentowała się tak:


Zapakowane próżniowo 100g mieszanki, z naklejką, określającą odcień. Po odpakowaniu, kolejna foliowa otoczka, tym razem przezroczysta.



Jak widać, słowa "pakowanie próżniowe" zostały potraktowane bardzo poważnie - zawartość jest "ściśnięta" bardziej nawet, niż w przypadku kupowanej przeze mnie dotychczas henny. Jest to powód, dla któego otwieranie woreczka jest trudne - nie da się "strzepać" proszku nieco na dół, więc po nacięciu rogu zawsze się troszkę usypie. Ja dostawałam się do niego właśnie taką metodą, aby uniknąć strat i zabrudzeń - nacinałam róg, by wpuścić nieco powietrza i pozwolić zawartości opaść spokojnie na dół. Nie do końca mi się to udało.

Po przygodach z otwieraniem:


Naszym oczom ukazuje się drobiutko zmielony proszek. Uwaga przy sypaniu - bardzo pyli! Nie udało mi się uniknąć zabrudzenia ręcznika, ale to niewielki szczegół, jako że ten ręcznik był właśnie po to, by go pobrudzić.



Proszek ma kolor oliwkowy, coś brązowo-zielonego. Zapach bardzo kojarzy się z wysuszonym na słońcu sianem - z ciekawości porównałam z czystym proszkiem hennowym, również od Pola Henny, którego mam jeszcze całe opakowanie w zapasie. Henna pachnie zdecydowanie bardziej "zielono", roślinnie, ma też bardziej zielonkawy kolor, ta mieszanka już czymś suchym. Wiecie, o co chodzi (;

Skład, według producenta, to: henna, indygo, Shikakai, Manjistha, Harad, Brahmi, Amla i Bhringraj - nie określono proporcji. Wiele rzeczy, o których pierwszy raz słyszę, więc konieczny był mały risercz...

Shikakai - czyli roślinka o dumnej nazwie Acacia concinna, to krzew rosnący w Azji, jego liście charakteryzuje zawartość dużych ilości naturalnych cukrów i kwasów - między innymi szczawiowego, cytrynowego, winowego, bursztynowego i askorbinowego, a także saponin, które mają właściwości oczyszczające i pieniące. Saponiny podane doustnie mają działanie wymiotne, ale... przecież nie będziemy tego jeść!
Manjistha - czyli Rubia cordifolia, albo Marzanna indyjska lub sercolistna, roślina występująca w regionach śródziemnomosrkich i wschodnich. Jej korzeń zawiera czerwony pigment - Alizarynę, a sam ekstrakt z korzenia ma właściwości tonizujące, antybakteryjne i przeciwzapane, stosowany jest też w lekach przeciwalergicznych.
HaradTerminalia chebula, Migdałecznik Chebułowiec lub żółty Myrobalan, to liściaste drzewo występujące południowej Azji. Jego owoce mają dużą zawartość garbników, kwasów (chebulinowy i inne), oraz... rutyny. Stosowane są w środkach przeciwmiażdżycowych i przeciwzapanych, ma właściwości antyoksydacyjne, przeciwzapalne, antybakteryjne i oczyszczające.
Brahmi - Bacopa monnieri, Bacopa drobnolistna, ziele stosowane w... akwarystyce. Rośnie na terenach podmokłych właściwie na każdym kontynencie (prawie...). Zawiera alkaloidy, saponiny i glikozydy, jego ekstrakty używane są w preparatach wzmacniających pamięć i koncentrację, mają działanie zwiększające przepływ krwi w mózgu. Działa też antyoksydacyjnie i hamująco na wypadanie włosów. Uwaga! Preparatów zamierających Brahmi nie powinny stosować kobiety w ciąży i karmiące piersią.
Amla i Bhringraj - polecam wpis tutaj i tutaj.
Taki skład daje nam wyraźnie kwaśny odczyn mieszanki, a więc do głosu powinna dojść bardziej henna, która je lubi, niż indygo.

Tyle z poszukiwania informacji, tym, co chcą wiedzieć więcej, polecam kliknięcie w podane w tekście linki (:

Tymczasem pora na dalsze działania. Proszek potraktowałam zgodnie z przekazaną mi instrukcją producenta - wymieszałam z przegotowaną, ostudzoną wodą. Do testu wykorzystałam około 3/4 opakowania - zazwyczaj na moją długość włosów wystarczała połowa paczuszki henny, tym razem chciałam uniknąć niedociągnięć i pozostawienia niedofarbowanych miejsc.


Na zdjęciu papka jeszcze w formie "za gęstej" - kolor żywo oliwkowy, po rozrobieniu z wodą nabiera lekko cierpkiego zapachu. Chcąc ułatwić sobie życie, dodałam do całości trochę zwykłej maski do włosów - dzięki temu lepiej się rozprowadza i spłukuje. Wszystko to nałożyłam na suche, umyte włosy. Czas działania przewidziano na 45 do 60 minut. I tak zaczęła się najbardziej stresująca godzina ever.

Trzeba pochwalić całość, że nie ścieka z włosów. Za to próby domycia przypadkowych "ciapek" na skórze dały mi powód do lekkiego niepokoju - pozostawiały ślad w kolorze... niebieskim! Wiem, że to zasługa indygo, ale i tak wprawiło mnie to w pewne zmieszanie. 

Drugą rzeczą wartą wzmianki jest to, że z czasem mieszanka na włosach ciemnieje, niemal do czerni. Natomiast woda przy spłukiwaniu jest pomarańczowo-brązowa, z tworzącą się dosć obficie pianą w kolorze... tak, niebieskim. Wyjątkowo ciekawe zjawisko ;D Za to uważać należy na powierzchnię wanien i zlewów - sama mieszanka zostawia trudne do zmycia, zielonkawoniebieskie plamy.

Jestem już też po umyciu włosów szamponem (zaraz po spłukaniu tego nie zrobiłam, z przyzwyczajenia do henny). Mycie zaowocowało podobnym zjawiskiem kolorystycznym, na ręczniku zostały pomarańczowe ślady. Myślę, że będzie się to tak wypłukiwać jeszcze jakiś czas.

A oto, co uzyskałam na włosach:



Wcale ładny brązik. W słońcu zauważalnie rudawy, jeśli mocnego światła brak, jest raczej chłodniejszym brązem - postaram się dodać jeszcze kilka zdjęć, jeśli uda mi się zrobić jakieś "wyglądające". Z czasem pewnie zrobi się bardziej rudawy. Notka - na jaśniejszym odroście złapał bardziej "chłodno" - bez takiego rudego połysku.

Jeszcze zbliżenie na kolor w mocnym słońcu:


Włosy są bardzo błyszczące, gładkie, mieciutkie w dotyku, zachowały zapach siana nawet po umyciu. 

Jak oceniam efekt? To bardzo ładny brąz, zdezydowanie nazwa "Rose brown" jest trafna. Jednak uznałam, że aż tak ciemny odcień nie jest dla mnie - wolę jaśniejsze rudości. Bardzo za to spodobał się mojej mamie, i jeśli trafi do sprzedaży, na pewno kupię dla niej. Ponadto, myślę, że domieszanie części henny da mi efekt, o którym myślę już od jakiegoś czasu - nieco ciemniejszej miedzi. Więc kolejny eksperyment za jakiś czas (; Muszę też kiedyś pokusić się o recenzję samej henny...

Za udostępnienie próbki i instukcje dziękuję pani Urszuli z Pole Henny, i polecam się na przyszłość (:



Dodatkowo dla chętnych: