sobota, 25 marca 2017

Nie musisz być naturalna

Post ten powstał trochę z frustracji, wynikłej z obserwacji zachowań otoczeni  i internetu, a po trosze dlatego, że nie sposób nie zauważyć jak wiele z nas miota się pomiędzy "obowiązkiem" bycia sobą a presją oczekiwań otoczenia. Sama odczuwam to szczególnie, jako że mój ideał urody, to, jak chciałabym wyglądać na co dzień, rozmija się bardzo z obecnymi modami i standardami. Ale nie o to chodzi, nie o wyróżnianie się, bo i to bywa "modne" - jeśli jest rozsądnie dawkowane. Nie żeby mnie to jakoś bolało, to nie ta kategoria uczuć, mam specyficzne podejście do własnej osoby dalekie od tego, by w jakiś sposób uzależniać się od tego, co powiedzą inni. To czyste zdziwienie tym, że tak wiele sprzecznych sygnałów można dostać od otoczenia i nie zwariować. Chociaż mam wrażenie, że jednak część z nas wariuje.

Słońce świeci na plaży...

Dla wielu, zwłaszcza jeśli wziąć pod uwagę zbiorowość, bycie sobą oznacza wpasowanie się w nurt z szerokim uśmiechem na twarzy, świadczącym o tym, że to właśnie to, w czym czujemy się dobrze. Jasne włosy, opalona twarz, gładkie ciało - oczywiście to wszystko ma być... naturalne! Wiemy, że naturalność nie ma nic wspólnego z niemalowaniem się czy niefarbowaniem włosów. Wręcz przeciwnie! Gdy Twoja pielęgnacja kończy się na tym, by być czystą, uczesaną i pachnącą, i tak powiedzą, że jesteś zaniedbania. Masz worki pod oczami. Opadające powieki, których nie koryguje makijaż. Jesteś blada, masz piegi... Dramat! Czy czujesz się źle z tego powodu? Nie musisz. Po prostu spójrz w lustro i zastanów się, czy taka wizja samej siebie Ci odpowiada. Tak? Super! Ale jeśli nie, to...

Wcale nie musisz być naturalna!

Dziwne, co? Jakaś dzika mentalność każe nam mówić, że młode osoby nie powinny robić ze swoim ciałem właściwie nic, może oprócz mycia. Żadnych kremów, żadnego makijażu, włosy najładniejsze są niefarbowane. Skąd się to bierze? Czy to jakiś lęk przed "zepsuciem" tej młodości, która już nigdy nie powróci? A co jeśli jest zupełnie odwrotnie?

Mam wrażenie, że ta presja na naturalność w młodszym wieku bierze się ze świadomości, iż niegdyś kosmetyki faktycznie potrafiły wyrządzić więcej złego niż dobrego. Nadal może się tak stać, jeśli stosuje się je bezmyślnie. Może jest w tym jakaś dbałość o to, by młodość mogła przejść bez lęku o to, co ją czeka za parę lat, być beztroska i swobodna. Ale my nie mamy możliwości być beztroscy, nie w czasach, gdy świat wymaga od nas zdobywania wiedzy, robienia kariery i ogólnie szybkiego życia na wariackich papierach. Dzisiaj jasnowłosa panna, tańcząca w białej sukience po łące do obrazek z książki fantasy.

Kiedy ktoś mówi Ci, że nie powinnaś nic ze sobą robić, bo natura jest najważniejsza, nie musisz mu wierzyć. Mnie to nawet frustruje - tak jakby ktoś próbował zakazać mi dbania o siebie, przewidywania tego, co za kilka lat stanie się z moją skórą, moim ciałem, jakby nie podobało mu się to, że chcę za te dziesięć lat wyglądać możliwie nie gorzej, niż teraz. Kiedy mam o to zadbać? Jak zauważę w lustrze sieć zmarszczek i opadnięte policzki, a kremy przeciwzmarszczkowe staną się desperacką formą zachowania tego co jest, zamiast obiecywanego powrotu młodości? Nie czarujmy się, jak masz zmarszczki, to żaden krem na nie nie pomoże, tu trzeba działać wcześniej. I nie kremami, chociaż to też pomaga. Weź rano jakiś lekki olejek, zrób krótki masaż twarzy, potem ją umyj i nałóż makijaż. Wiesz, jak napięta staje się skóra? Jak potrafi tą sprężystość zachować, gdy takie masaże robi się regularnie? Spróbuj, internet pełen jest instrukcji i filmików, pokazujących przykładowe ruchy. I nie słuchaj tych, którzy próbują Ci wmówić, że nie powinnaś robić nic, bo jest dobrze tak, jak jest.

"Masz być sobą!

...ale czekaj, nie, nie tak!" Żyjemy w XXI wieku, ale nadal ludzie roszczą sobie prawa do tego, by dyktować innym, jak mają wyglądać. A więc pastelowe kolorki, dżinsy, blond włosy. A, i pamiętaj, że bezwzględnie ma Ci się to podobać! Ta mentalność przesiąka do każdego pokolenia i dostajemy w rezultacie armię klonów o zamkniętych umysłach. Ileż razy natykałam się na grupkę gimbusiar, wyglądających jakby zdjęły ciuszki z jednego wieszaka w haiemie, a które uznały za bardzo zabawne to, że chodzę w długiej spódnicy... To, kochane, nazywa się elegancja, wygooglajcie, jeśli wiecie jeszcze, co to google. 

Co się stało z tym światem, że noszenia spódnic czy sukienek nagle trzeba się wstydzić?! Wszędzie pchają nas do przodu, każą pokazywać nogi, cycki, tyłki, mówią, ze tak trzeba (hehe, pewnie, w końcu kiedyś porno było płatne, a teraz wystarczy na ulicę wyjść), tymczasem klasyczna elegancja jest czymś niemal złym... Jeśli nie pokazujesz cyca to znaczy, że nie masz co pokazać, albo się siebie wstydzisz! Co to za bzdura jest, kto to wymyślił?! Postawmy sprawę jasno, jeśli nie kręci Cię wkładanie obcisłych miniówek czy czegoś w tym stylu, to żadna siła nie ma prawa Cię do tego zmuszać. Chcesz ubrać spódnicę za kolano, zrób to. Chcesz zrobić mocny makijaż i nosić glany, zrób to! Wolno Ci mieć kolorowe włosy, robić mocniejszy makijaż, ubierać się w coś innego niż to, czym częstują nas sieciówki... Nie ważne, ile masz lat. Czytałam niedawno o kobiecie, która uznała kiedyś, że najlepiej czuje się w kolorze zielonym... Więc od 30 lat nosi tylko zielone ciuchy. Tak, wygląda zabawnie. Tak, jest szczęśliwa i lubi siebie taką, jaka jest. Żadna z osób, roszczących sobie prawo do dyktowania innym stylów i mód nie może się tym pochwalić. Żadna.

Na pewno chcesz poświęcić się dla cudzej chwilowej satysfakcji? Nie chcesz.

środa, 1 czerwca 2016

Wcierki - podsumowanie

Hej! Blog leżał odłogiem przez naprawdę długi czas, ale są nadzieje na reanimację, jako że ubierało się trochę kwestii wartych omówienia. Jedną z nich poruszę od razu, jako że jestem na "rozstajach" jeśli chodzi o pielęgnację włosów i muszę podjąć wreszcie jakieś decyzje, żeby stan buszu na głowie, z obecnego zaniedbania, zaczął się poprawiać. Ponieważ przez długi czas (niemal dwa lata, a może nawet więcej) eksperymentowałam z jedną z najbardziej intrygujących metod włosomaniactwa - wcierkami - postanowiłam zrobić zestawienie efektów, jakie przyniosła każda z nich z podsumowaniem warto/nie warto.

Dlaczego tak? Ponieważ znaczna większość informacji dostępna w blogosferze obecnie to zachwyty nad każdą kolejną wcierką ze stwierdzeniem, że wow! ale działa! - gdy tymczasem nie zawsze jest to prawda. Szczytem bezczelności sa natomiast dziewczyny, piszące o cudownym działaniu - 10 cm w miesiąc! Serio? Tylko że to fizycznie niemożliwe! Niektóre pokazują nawet zdjęcia, pół biedy jeśli nie zerżnięte z internetu. Dlaczego takie zdjęcia to żaden dowód, tłumaczyć chyba nie muszę. Nie dajmy sobie wmówić, że każdy nowy pomysł jest tym cudownym i łamiącym prawa biologii i fizyki. Mówię więc - sprawdziłam i zapraszam na podsumowanie, w którym zachwytów raczej nie będzie.


e-stylist.pl
1. Jantar, Farmona
To chyba najpopularniejsza wcierka w internetach. Działa na wszystkich, pięknie pachnie, jest w ogóle super och ach. Jak było u mnie?
Wrażenia z produktu: zapach raczej dziwny, przypominający męskie perfumy. Ja nie przepadam za czymś takim, ale postanowiłam przeboleć, skoro ma cuda sprawić. Konsystencja niepokojąco gęsta, brak aplikatora w buteleczce, więc będzie niewygodnie, ale spoko, damy radę.
Czas stosowania: dwa miesiące, z przepisową tygodniową przerwą w trakcie.
Efekt: brak. Włosy obciążone, przetłuszczające się chyba na samą myśl o jantarze. Brak wpływu na wypadanie. Zapach nieznośny po kilku dniach.

piątek, 31 października 2014

Z Koszyka Czarownicy: Aloes

I wreszcie post, na który sama długo czekałam!

Jestem już po drugim użyciu własnej roboty maski aloesowej na włosy, i muszę powiedzieć, że wyniki jeszcze lepsze, niż za pierwszym.

Słowem wstępu:

To już trzeci post z mojego ulubionego cyklu, ale ten będzie conieco inny, z dwóch powodów.
Po pierwsze, dlatego, że jest to mój autorski sposób, a po drugie... główny bohater tego odcinka jest powszechnie dostępny, nie na łąkach czy lasach, ale w domach, na parapetach. Aloesy są bowiem powszechnymi i łatwymi w hodowli roślinami doniczkowymi, a więc, jako mały dodatek, dojdzie część na temat gatunków i pielęgnacji rośliny, i, oczywiście, jak ją wykorzystać (;

Ale może na początek coś o samym aloesie.

Właściwie kto jej nie zna... Szeroko stosowane są wyciągi w kosmetykach łagodzących i normalizujących, maściach i kremach przyspieszających gojenie, kojących oparzenia, i jako suplementy diety.

Aloesy to całą grupa roślin, od drzewek do małych roślinek, raczej ciepłolubnych i odpornych na suszę. Mają charakterystyczne, grube, mięsiste liście - świetnie rozwinięty system gromadzenia zapasu wody, jak kaktusy. Taki dziad zniesie wszystko - z doświadczenia wiem, że zostawiony na 2 miesiące w piwnicy, ciemnej i chłodnej, żył i miał się dobrze, może tylko troche mu się wyblakło. Niemniej jednak, jest to chwast idealny dla osób, które zapominają o podlewaniu.

Gatunków jest wiele, najpopularniejsze to aloes zwyczajny, z grubymi, dużymi liśćmi...

(Zdjęcie podkradzione ze swiatkwiatow.pl)

wtorek, 21 października 2014

Avon Care Royal Jelly Hand Cream - recenzja

Jak wspomniałam, skusiłam się ostatnio na kilka kremów... tak, kilka, bo prywatnego bzika trzeba karmić. Przy okazji odświeżyłam znajomość z firmą Avon, która kiedyś była jedną z moich ulubionych w kwestii kosmetyków tanich a przyzwoitej jakości. To było jednak parę lat temu, i z ciekawością wzięłam znowu katalog Avonu, by obadać zmiany. I, muszę przyznać z bólem, że część rzeczy straciła na jakości.

Ale, akurat, nie kremy do rąk.

Ten z serii Royal Jelly wpadł mi w oko już od razu, i korzystając z opcji promocyjnej, zgarnęłam go za niecałe 5 zł - wraz z jeszcze jednym, ale o tym innym razem.

Skusił mnie sam motyw miodowy, jako że przepadam za tą nutą zapachową w kosmetykach, a wszelakie serie mleko-miód i pokrewne przyciągają mnie jak... osę. Cóż.

Zobaczmy.


Opakowania Avonu chyba nigdy nie były szczególnie urodziwe, ot, prostota, fukcjonalność i przekazanie najważniejszych treści. Ale to takie tam czepianie się, w końcu tak czy siak zwróciło moją uwagę. Plasterek miodu na okładce zrobił swoje.

O co chodzi z tym Royal Jelly?

Intensywnie nawilżający krem do rąk z mleczkiem pszczelim. Zapewnia podwójną dawkę nawilżenia. Formuła z mleczkiem pszczelim pomaga zapewnić odpowiedni poziom nawilżenia skóry nawet po wielokrotnym myciu rąk.